piątek, 8 sierpnia 2014

11. Dúlindir, czyli gdyby Nemo była bardem... cz. 3

     Od mojej ostatniej wędrówki, jaką był powrót do rodzinnej wioski, minęło trochę czasu. Podczas rozmowy, jaką odbyłem z Ildruinem na temat Leny, był środek lata, teraz zaś nadeszła zima.
     Stałem na otwartej przestrzeni Rynku miasteczka o wdzięcznej nazwie Gracedown. Sam Rynek był schludny, kolorowe kamieniczki, teraz ośnieżone, odcinały się od zimowych szarości i bieli. Strzeliste dachy rzucały wyzwanie niebu. W oknach stały świece, na drzwiach wiązanki ostrokrzewu. Wybrukowane uliczki były udekorowane świerkami, w dodatku były dziś mniej uczęszczane, niż normalnie - na zewnątrz było grubo poniżej dwudziestu stopni w skali Fanabiana - dzięki czemu srebrzysty śnieg nie zmienił się w błotnistą breję. Nie sprzyjało to jednak mojej pracy. Próbowałem zarobić na nocleg w karczmie, tymczasem w pokrowcu na lutnię, którego używałem jako skarbonki, leżało zaledwie parę miedziaków i jedna srebrna moneta. Westchnąłem, lecz cóż począć? Grałem dalej.

Kiedy w świecie hula zima, 
Kiedy mróz nas w szponach trzyma, 
Kiedy w powietrzu mozaiki wirują 
Śnieżnych płatków, ziemię czarując, 
Kiedy w oknach świece świąteczne, 
Ja, bard, wędruję po świecie. 
Dziś mym celem Gracedown zacne, 
Wiec swą piosnkę śpiewać zacznę. 
Kto z was zechce, niechaj słucha, 
Gdyż nie są to historie pastucha, 
Lecz Dúlindira, podróżnika-Barda. 
Choć pogoda bywa harda, 
Choć warunki nieprzyjazne, 
Nic mi nie jest dosyć straszne. 
Zwiedzam różne najdalsze kraje, 
Poznaję ludzi najdziwniejsze obyczaje. 
I potwory także widuję, 
Przed nimi młode dziewoje ratuję. 
Wielu rycerzom wypełnić pomogłem
Zobowiązania dokładnie tak, jak tylko mogłem. 
Z kostuchą wiele razy igrałem, 
W chowanego i kotka-i-myszkę z nią grałem. 
Lecz wierzę, iż kiedy nadejdzie mój czas, 
O mnie nie zapomni nikt z was! 
Widziałem morza błękitne niebiańsko, 
Na nich wysepki rozrzucone bezpańsko. 
Widziałem też wysokie, zielone góry 
Najstarsze, odwieczne Córki Natury. 
Wulkany ogniem pluły w stronę moją, 
Złość okrutną kierując we mnie swoją. 
We mgle nigdy nie zbłądziłem, 
(Tak przynajmniej sam sądziłem!). 
Wieczna tułaczka, podróżowanie, 
Wolna wędrówka - moje powołanie. 
Wszystkimi moimi wrażeniami
Z całego serca pragnę podzielić się z wami. 
O skarby, pieniądze nigdy nie dbałem, 
Choć często korzonki zjadać musiałem, 
Choć w najparszywszych warunkach nocowałem, 
Z własnej woli otrzymałem życie, jakie chciałem ... 

     W tym momencie urwałem, gdyż jakiś dzieciak trafił śnieżką prosto w moją twarz. Co prawda podbiegł, przeprosił i wrzucił mi jakąś monetę, lecz nie nie poprawił mi tym humoru. Zrobiło mi się jeszcze bardziej zimno. "Chyba wystarczy na dzisiaj, tu i tak nikt nie chodzi", pomyślałem. Pozbierałem swoje rzeczy, a niewielką sumkę zebraną podczas śpiewania wrzuciłem do sakiewki. Otuliłem się szczelniej płaszczem i ruszyłem powolnym krokiem przez piękne uliczki. Z mijanego przeze mnie kościoła dochodziły różne świąteczne pieśni, które brzmiały całkiem milo. Tu, na południu, nie czczono Gwiazdy i Księżyca, ani Słońca. Mieli tu swoich bogów. Nie znałem wszystkich, gdyż byłem w tych okolicach po raz pierwszy, jednak tabliczka na budowli głosiła, iż był to Kościół Opieki bogini Nayhe - kimkolwiek owa bogini była. O ile orientowałem się w czasie, dziś właśnie była Wigilia Dnia Złączenia - święto upamiętniające złączenie się dusz Księżyca i Gwiazdy. Najważniejsze święto roku. Wtedy wieczorem cała wioska zasiada do stołu, na którym znajduje się siedem uroczystych potraw, które symbolizują Upadek Siedmiu Promieni. Wręczamy sobie prezenty. Jedyny dzień w roku, w którym cała wioska, cały nasz szczep solidaryzuje się. Radujemy się. Jak przez mgłę przypomniałem sobie ostatnie Święto Dnia Złączenia. Siedziałem sam wśród osób, które były mi obojętne. Mój ojciec siedział na drugim końcu stołu, pokłóciliśmy się. Gdybym wtedy wiedział, iż były to nasze ostatnie wspólne święta, przeprosiłbym go...
     Wstrząsnął mną dreszcz zimna, więc przyspieszyłem kroku. "Ech, tegoroczne Święto nie będzie zbyt radosne ..." pomyślałem czując, jak lekka jest sakiewka. Wyciągnąłem ją i wysypałem monety na ręce. Przeliczyłem je. Zauważyłem, iż wystarczy tylko na nocleg w jakiejś gorszej karczmie i może na pół bochenka chleba.Westchnąłem. 
     Wszedłem do pierwszej z brzegu oberży, wyglądającej niezbyt schludnie i cuchnącej cebula i czosnkiem. Było w niej zaledwie paru pijaczków o nalanych, czerwonych twarzach. Sądząc po zapachu, musieli pić najgorszego sikacza, w dodatku zapewne "chrzczonego" wodą. Podszedłem do lady i czekałem, aż karczmarz wyjdzie z zaplecza. Kiedy w końcu wyszedł, musiałem mocno kontrolować mięśnie twarzy, aby nie dać po sobie poznać, jak bardzo bawi mnie jego wygląd. Był niski, sięgał mi zaledwie do piersi. Figura przypominała dorodną gruszkę - w miarę szczupła klatka piersiowa zwieńczona była bardzo otłuszczonymi pośladkami i nogami. Włosy, których zbyt wiele nie miał już na głowie, były koloru siana. Twarz... przypominała ryjek bobra. Długie, wystające zęby, wciąż poruszające się, jakby non stop łamały chrust, do tego maleńkie, czarne oczka i zarost rosnący na niemal całej twarzy. Nie nie wspominając o wielkim, kontrastującym czerwonym nosie przypominającym ogromną malinę. 
      - Czego jaśnie paniczowi potrzeba? - Zapytał uniżonym tonem. Miał wręcz kobiecy głos, co śmieszyło mnie jeszcze bardziej. 
      - Czy macie tu jakąś wolną izdebkę, nawet najmniejszą? 
      - O tak, panie, mamy - wypiszczał. - Ale dzisiej świnta się zaczynają, więc po dwakroć płatne. 
      - Jakie święta? - Spytałem z zainteresowaniem, gdyż lubiłem poznawać religie innych krajów. Fascynowały mnie, choć wszystkie wydawały się nieprawdopodobne. 
      - O, panie - wrzasnął, przekrzykując zataczającego się, śpiewającego pijaka, który właśnie podszedł do lady... po czym upadł pod nią, wymiotując sobie pod nogi. Już nie nie wstał. - Dzisiej świnta bogini Nayhe, niechaj mi pobłogosławi! Wszyscy w kościołach, po kościołach do domciu, a w domciu ucztujo... toś pan nietutejszy, prawda?
      - Owszem, przybywam z północy, jestem bardem. Ile kosztuje najtańsza izba? 
     Małe, czarne oczka zaświeciły się chciwością. 
      - Trzy złote monety, dwadzieścia srebrzaków i pinć miedziaków. 
      - Co?! - Wykrzyknąłem. - Zdzierstwo!!! - Nachyliłem się do karczmarza. - Pani Nayhe nie lubi chciwych, o, nie...
     Mężczyzna pobladł. - Och, nie! Proszę... - zaczął mamrotać jakieś słowa modlitwy do bogini. - Słuchajcie no, panie - zwrócił się do mnie po chwili. - Miejcie na względzie moje ubóstwo! Ledwo tę chałupinę, zwaną karczmą prowadzę... żonka mi pomaga, dziatek mam dziwińć... Cobyś się nie dziwił, panie, że taką cenę podałem... jeszcze świnta... trza coś dzieciakom do gara włożyć...
     Wysypałem na ladę połowę zawartości sakiewki.
      - To za najmniejszy pokój.
     Wyciągnąłem jedyną złotą monetę, jaką miałem. - To za strawę. Przygotujcie mi chociaż miseczkę polewki, dajcie z pół bochenka chleba i czysta wodę, źródlaną, najlepiej dzban.
      - Może winka? - Zapytał przymilnie, zgarniając szybko monety i chowając je do kieszeni.
     Pokręciłem głową. - Nie piję.
      - Za mną, prosim, prosim - wysapał człowieczek, wychodząc zza lady i podążając w stronę byle jak pozbijanych desek, mających służyć za drzwi. Wszedłem za nim po schodach. Ostatnie drzwi na końcu korytarza należały do ​​pokoju, w którym miałem nocować.
      - Nie jest to, prawda, raj - marudził gospodarz. - Ale poczekajcie, ino przyniosę wam polewki, chleba i wody. Poczujecie się jak w domu!
      - Nie sądzę - mruknąłem, rozglądając się po ponurym pokoju. Ściany były zakopcone, na ziemi leżała warstwa brudu tak lepka, iż buty przylepiały się do niej, gdy po niej chodziłem. "Muszę pamiętać, aby nie chodzić tu boso", pomyślałem. Poszarpana firana niezidentyfikowanego koloru zwisała smętnie z okna, które ledwo się domykało i nie otwierało się prawdopodobnie tylko dzięki wielkiej, brzydkiej donicy z gliny z jakimś na wpół uschniętym kwiatem, która stała na parapecie. Za łóżko robił siennik, na którym leżały dwie szmaty - pościel i koc - które niemożebnie cuchnęły fekaliami. O poduszce zapewne nawet nikt tu nie nie słyszał, gdyż nie nie mogłem jej znaleźć, zresztą patrząc na stan koca i pościeli nie chciałbym na niej spać. W kącie stała popsuta szafa z wyrwanymi jednymi drzwiami, na drugich wisiało lustro tak brudne, jak ściany. W pierwszym momencie nawet nie nie domyśliłem się, że to lustro. Naprzeciwko szafy stał niewielki stolik ze świecą w kandelabrze. Krzesło miało połamaną jedną nogę, lecz fakt ten ukryto, mocując ją do innego, grubszego patyka. Spod siennika wybiegł szczur i skrył się pod szafą. W tym samym momencie otworzyły się drzwi i karczmarz wszedł, niosąc miskę z parującą substancją, która pachniała znośnie, bochenkiem chleba pod pachą i dzbanem wody. Z kieszeni wyciągnął także miedziany kubek. Rzeczy te postawił na stole i życząc mi smacznego wyszedł, zostawiając mnie samego.
     Polewką okazała się zupa z ukiszonej kapusty, z paroma pływającymi w niej skwarkami. Co prawda zbyt tłusta nie była, lecz lepsze to, niż nic. Bochen okazał się trochę twardy, ale maczałem skrawki w polewce, aby rozmiękł. Miedziany kubek był z kolei niedomyty, na szczęście woda czysta. Zanim jednak przystąpiłem do jedzenia, odmówiłem krótką, świąteczna modlitwę. W trakcie tejże modlitwy wpadłem na pomysł nowego wiersza, przeznaczonego prędzej dla dzieci i mniej inteligentnych słuchaczy, z racji prostoty rymów i jego długości. Niespiesznie zjadłem posiłek, układając w głowie rymy.

Gdy Księżyc i Gwiazda na niebiosach się spotkają, 
Oczy wiernych wiecznym pięknem upajają. 
Gwiazda w biel Księżyca przyodziana 
Nie znika z Niebios nawet z rana. 
Ani mordercze moce Promieni Słonecznych
Nie zmącą Gwiazdy i Księżyca kroków tanecznych 
Na granacie nieboskłonu, 
Nie odmówią im pokłonu! 

     Odłożyłem miskę i łyżkę na bok, po czym kawałkiem drewna, leżącym przy okaleczonej szafie, ściągnąłem brudne szmaty z siennika. Sięgnąłem po swój tobołek i położyłem go w miejscu, w którym winna znajdować się poduszka. Westchnąłem w duchu, uświadamiając sobie, że będę zmuszony przykryć się płaszczem. Siennik w dodatku był tuż pod oknem, od którego niemożebnie ciągnęło chłodem. Zamknąłem drzwi na zasuwkę. Położyłem się na sienniku, szczelnie otulając się płaszczem i zamknąłem oczy. "Naprawdę chciałbym znaleźć się w świeżej, czystej pościeli, w wygodnym łóżku...", pomyślałem tuż przed zaśnięciem. 
      W środku nocy wybudziłem się. Zdawało mi się, że ktoś mnie obserwuje, lecz zamykałem drzwi, a pokój znajdował się na piętrze, więc nikt nie mógł zaglądać przez okno. Usiadłem, nagle czując, jak bardzo zesztywniałem z zimna przez sen. Płaszcz leżał na ziemi, musiałem go zrzucić w trakcie snu. Przeklinając pod nosem sięgnąłem po niego. Usłyszałem dziwne warczenie, coś w rodzaju agresywnego pisku i szurania. Zmrużyłem oczy, wytężając wzrok w ciemnościach. Wiatr szumiał w okiennicy, raz po raz trzaskając nią o ramę. Usłyszałem dźwięk ponownie, lecz do tego doszedł dziwny, cichy huk uderzenia czymś lekkim o miskę. Odczekałem parę sekund, aby wzrok przyzwyczaił się do ciemności i dostrzegłem sprawcę hałasu - to szczur, właśnie dobierał się do resztek polewki na dnie miedzianej miski.
     Uspokojony ponownie otuliłem się płaszczem, próbując zasnąć, lecz po chwili poczułem mrowienie na karku. Byłem już tego pewien - ktoś mnie obserwuje. Poderwałem się z posłania. Rozejrzałem się, lecz prócz szczura na stole nie widziałem nikogo. Wyraźnie jednak wyczuwałem czyjąś obecność, impulsy płynące od jakiejś istoty. Bardzo powoli i ostrożnie sięgnąłem do cholewy buta, gdzie ukryty miałem sztylet.
      - Pokaż się - powiedziałem półgłosem. Zero odzewu.
     Impulsy ustały. Wiedziałem, że już jestem sam, lecz mimo tego, resztę nocy przesiedziałem na sienniku, będąc w gotowości.
     Rzeczą, która denerwowała mnie najbardziej, był fakt, iż nie nie potrafiłem rozpoznać tego, co mnie obserwowało. Impulsów było wiele, lecz były zbyt krótkie, aby przeanalizować je, no i po chwili ustały.
     Kiedy świt próbował przedrzeć się krwawymi promieniami przez brudną szybę mojego okna, wstałem z posłania, prostując sztywne kości. Dopiłem resztę wody i zniosłem naczynia na dół, do karczmy. Czekając na oberżystę, rozglądnąłem się po sali, lecz było zbyt wcześnie, aby były tu tłumy. Ujrzałem jedynie jakiegoś pijaczka z załzawionymi oczami, modlącego się do pustego dzbana po piwie, oraz jakąś ciemną masę w kącie sali. Nie chciałem długo się przyglądać, lecz zauważyłem, że jest to kobieta opatulona w gruby płaszcz i szmaty związane na głowie, chyba jakąś chustą. Pochylała się nad stołem, wbijając wzrok w blat. Obojętnie odwróciłem wzrok, gdyż gospodarz wyszedł ze spiżarni.
      - Witam mości barda! - Wykrzyknął na mój widok. - Jak się spało?
      - Wspaniale - mruknąłem sarkastycznie, jednak mężczyzna chyba nie nie pojął, iż to ironia, ponieważ rozradował się. Rzuciłem na ladę trzy srebrne monety. - Trzymaj się i podaj mi kawę.
      - Ka ... Co? - Zapytał, szczerze zdumiony. Westchnąłem. Zapomniałem, że ludzie są okropnie zacofani i tylko nieliczni poznali takie dobrodziejstwo, jak kawa.
      - Nic już - sprzątnąłem mu monety sprzed nosa, rzucając dwa miedziaki.- Wodę, byle czystą, bo jeśli podasz mi jakieś szczyny z koryta, osobiście dopilnuję, abyś wytaplał się dziś ze świniami i żarł razem z nimi swoje własne buty.
     Wyraźnie przerażony karczmarz zaśmiał się nerwowo swoim kobiecym głosikiem i wybiegł do jakiegoś pomieszczenia, mamrocząc pod nosem słowa uniżenia.
     Usiadłem w jednym z kątów, z którego miałem dobry widok na całą salę. Po chwili zobaczyłem, iż kobieta opatulona szalem wstała ze swojego miejsca i powoli skierowała kroki w moją stronę. Instynktownie sięgnąłem do pasa, gdzie przymocowany miałem sztylet. Usiadła obok mnie i odchyliła szal, pokazując twarz i uwalniając włosy, które opadły jej w falach na piersi. Uśmiechnęła się, moje serce stanęło na ułamek sekundy...
      - Witaj, Dúlindirze... szukałam cię - odezwała się swoim nieśmiałym głosem.
     Spojrzałem na nią i wszystko, co tak mozolnie budowałem, runęło w jednej chwili. Ujrzałem jej drobną sylwetkę, jej falowane włosy kolorem przypominające błyszczący kasztan, ledwo wyjęty z łupinki, jej pistacjowe oczy obramowane czarnymi, podkręconymi rzęsami, niewielkie, choć pełne różowe usta, proszące jakby o pocałunek. Zawstydziłem się. Chciałem jednocześnie przekląć ją, przegonić, lecz także wziąć w ramiona.
      - Leno ... - kiedy wymówiłem jej imię, rumieńce wypłynęły na jej policzki. - Po cóż mnie szukałaś? I jak mnie odnalazłaś?
      - Och, mój drogi przyjacielu, czy sto ważne? - Delikatnie ujęła moja rękę w swoje drobne, lodowate dłonie. Ich dotyk przywrócił mi zdolność racjonalnego myślenia.
      - Leno - powtórzyłem z naciskiem. - Wiem, kim jesteś.
      - To dobrze, że mnie poznałeś - uśmiechnęła się lekko, na widok czego moje serce ponownie stanęło.
      - Ale ... nie, nie rozumiesz mnie. Wiem, że jesteś wampirzycą energetyczną.
     Dziewczyna spojrzała ze szczerym zdumieniem we wzroku.
      - S-słucham? Kim? Widzisz, abym miała kły, abym nie nie odbijała się w lustrze?
      - Ale ...
      - Dúlindirze, nie wiedziałam, że dorosły mężczyzna, elf w dodatku, może wierzyć w bajki o wampirach... Może od razu jestem owłosionym, dzikim wilkołakiem? - Roześmiała się w głos. Do stolika podszedł karczmarz, przynosząc mi dzban wody i miedziany kubek, który wcześniej postawiłem na blacie. Uśmiechnął się lubieżnie, znacząco spoglądając na Lenę. Odprawiłem go ruchem reki. Mamrocząc z niezadowolenia podreptał z powrotem za ladę i zajął się polerowaniem jakichś brudnych kufli. Spojrzałem na Lenę, lecz z jej postaci wyzierała taka niewinność, iż wyśmiałem samego siebie w duchu. Bo po czym oceniałem, kim była? Po zimnych ustach?!
      - Dlaczego masz tak chłodne ciało?
      - To po mojej matce, ona zawsze była zimna, marzła nawet w środku lata. Chyba coś z krążeniem krwi.
      - Właśnie... pewien wieśniak w tamtej karczmie powiedział mi, że jesteś córką dawnych szlachciców, którzy zresztą chcieli sprzedać cię na targu jako niewolnicę... wybacz, że poruszam ten temat, który zapewne jest dla ciebie bolesny, ale... opowiesz mi o tym?
     W jej pistacjowych oczach rozbłysł smutek, na twarzy ukazała się powaga i pewien rodzaj zaciętości.
      - Mój ród dawniej był poważany poprzez powiązania z rodziną królewską, lecz kiedy mój dziad wyjechał na wojnę Złotej Ryby...
      - Wybacz, że ci przerwę, moja pani, ale czy Wojna Złotej Ryby nie dotyczyła Orientu?
      - Tak, dotyczyła. Pochodzę z państwa graniczącego z Orientem.
      - To tłumaczyłoby twoją drobną posturę i delikatnie skośne oczy... - opuszkami palców dotknąłem jej policzka, po chwili cofając rękę, jakbym zrobił coś zakazanego. Róż wypłynął na jej twarz.
      - Gdy dziadek wyjechał wraz z większością służby, pozostawił w domu jedynie babcię i mojego ojca, który leżał jeszcze w kołysce. Z babcią pozostał tylko ochmistrz i mamka. Nikt jednak nie nie przewidział, że dzikie hordy barbarzyńców, które w tamtych stronach są liczne, napadną ich dwór. Ochmistrz zdradził. Pewnego dnia poinformował jedną z band o tym, że dwór pozostał bez ochrony. Kiedy dziad powrócił po paru dniach, odesłany przez króla - był jednym z ważniejszych generałów, a ponieważ został ranny, królowi bardzo zależało, aby szybko powrócił do zdrowia - ujrzał splądrowany dwór. Wyłamane drzwi i okiennice, wszelkie bogate zdobienia, wszystkie cenne rzeczy - wraz z naczyniami, dasz wiarę? - zostały zgrabione. W salonie znalazł martwe ciało swej ukochanej, noszące ślady wielu gwałtów, zarówno za życia, jak i już po śmierci, tak bardzo zdeformowane od obrażeń, że ledwo ja rozpoznał. W pokoiku obok leżała mamka w podobnym stanie. W łóżeczku, pod stertą brudnych szmat leżał mój ojciec. Chyba chcieli go udusić, lecz zajęto się mamką i zapomniano o niemowlęciu leżącym pod szmatami. Zostali bez majątku, dziadek i ojciec. Dziadek zwolnił się ze służby u króla, musiał podjąć się opieki nad dzieckiem i dorywczej pracy. Z czasem coraz bardziej obwiniał niewinne dziecko o śmierć swojej ukochanej żony. Przelewał nań nienawiść, złość, często go dręczył, aż w końcu ojciec go zabił. Miał wtedy może siedem lat... - odwróciła wzrok. - Dręczenie jednak nie pozostało bez śladu. Wyrósł na tyrana. Dla mojej matki, która jest człowiekiem tego samego pokroju,był łagodniejszy, niż dla mnie. Oboje, nieudacznicy, nie mieli pieniędzy na trunki, którymi zalewali się od rana do wieczora... sześcioro dzieci, same córki, trzeba było wyżywić. Ojciec nienawidził nas za to, że jesteśmy dziewczętami. Bliźniaczki, Lara i Nelly, najmłodsze, zmarły w wieku dwóch lat na jakąś chorobę. Kolejna, Nathaly, została pobita na śmierć przez ojca, kiedy miała zaledwie pięć lat, tylko dlatego, iż urodziła się ułomna. Zamknięta w sobie dziewięcioletnia Lorienna uciekła z domu. Ojciec i matka szybko to zauważyli, zaczęli ja gonić. Ukryła się na występie skalnym nad przepaścią nad morzem, lecz skała odłamała się i Lorienna spadła do wody... Zostałam wtedy tylko ja, wówczas czternastoletnia, oraz Nercy, moja jedenastoletnia siostra. Ja byłam najbardziej bita, ale jednocześnie najbardziej pomocna, Nercy od zawsze była słaba. Ojciec postanowił sprzedać mnie na targu niewolnic... Więc nie wiem, co dzieje się z Nercy. - Łzy zalśniły w jej oczach zanim zasłoniła twarz. Objąłem ja delikatnie ramieniem. W mojej duszy narastało współczucie dla tej szesnastoletniej dziewczyny, która tak wiele przeszła. Wtuliła się we mnie i rozpłakała, ja odczuwałem niewypowiedziany żal, choć przecież tak naprawdę mało co mogło mnie wzruszyć. Chciałem ją pocieszyć, dawać jej radość, nadzieję na lepsze życie... lecz nie nie mogłem, byłem bardem. W tym samym momencie Lena uniosła zapłakaną twarz i zbliżyła ją do mojej... dotknęła ustami moich warg i obdarzyła mnie dziwnym, lodowatym pocałunkiem, który jednak w jakiś sposób podobał mi się. Wewnątrz siebie poczułem, jakby emocje płynęły poprzez żyły i nagle eksplodowały, zalewając moje wnętrze, uciekając przez wszelkie dostępne otwory. Poczułem się bardzo zmęczony. Lena odsunęła się ode mnie ze swoim pięknym uśmiechem, po czym położyła dłoń na moim policzku. Złapałem go i ucałowałem.
      - Leno, będę musiał wyjść za chwilę na Rynek, muszę zarobić na kolejny nocleg, inaczej nie będę mógł tu zostać. Ale zanim wyjdę... nie odpowiedziałaś mi na pytania. Skąd wiedziałaś, gdzie jestem? Co tu robisz?
     Wydawała się zaskoczona faktem, iż jestem tak dociekliwy.
      - Ja po prostu... podążałam twoim tropem, pytałam ludzi po drodze, czy cię widzieli, zawsze wskazywali mi drogę... chciałabym podróżować z tobą... może ci się przydam...
     Wpadła mi do głowy pewna myśl.
      - Więc... dobrze. Idź do mojego pokoju. Dziś przypilnujesz mojego węzełka. Mój pokój jest...
      - Wiem, gdzie - powiedziała szybko, po czym wstała i wyszła z sali, rzucając mi spojrzenie przez ramię. Podniosłem niewielki instrument klawiszowy, który wcześniej przyniosłem z pokoju i postawiłem pod stołem. Wyszedłem z karczmy, kierując się w stronę rynku. W nocy napadało śniegu tak, że teraz sięgał mi do połowy łydek.
     Po całym dniu spędzonym na śpiewaniu i graniu na mrozie, zarobiłem tylko o parę monet więcej, niż wczoraj. Wróciłem do karczmy. Po drodze snułem przemyślenia i plany dotyczące Leny. Bez wątpienia kochałem ją. Kochałem każdą cząstkę tej kruchej istotki z pięknymi oczami. Cała była piękna. Wielokrotnie o niej śniłem. Zawróciła mi w głowie... kiedy już o niej zapomniałem, kiedy już powracała tylko w snach, ona... znalazła mnie. Obdarzyła mnie kolejnym pocałunkiem.
     Wiedziałem, co mam robić.
     Zawołałem Bobra, jak nazywałem w myślach karczmarza. Odliczyłem kwotę należną za kolejną noc. Chciałem także poprosić o jakiś ziołowy napar, lecz karczmarz z zakłopotaniem wyjaśnił, że nie ma takowego. Wobec tego poprosiłem o zwykłą, czystą wodę. Zamówiłem także gorący posiłek, polewkę taką samą, jak wczoraj. Zjadłem to, siedząc przy barze, lecz dzban z wodą i dwa miedziane kubki zaniosłem do pokoju.
     Wchodząc do pokoju w półmroku zauważyłem Lenę siedzącą na sienniku, ubraną w jakąś cienką, jedwabną koszulę nocną w białym kolorze. Zastanowiło mnie to, gdyż w pokoju panował ziąb niewiele mniejszy, niż na zewnątrz, a podobno Lena ciągle marzła...
      - Witaj, Dúlindirze... - powitała mnie ciepłym głosem. Fala czułości zalała moje serce, co jeszcze bardziej mnie zawstydziło. Postawiłem dzban na stole, nie wiedząc, co robić.
      - Leno, dziękuję, że pilnowałaś moich rzeczy, możesz już odejść.
      - Ale... - dolna warga zadrżała jej, jakby miała się rozpłakać. - Boję się spać sama...
     Przymknąłem oczy. Przecież nie mogliśmy oboje spać na tym sienniku. Podszedłem do niej i okryłem ją własnym płaszczem, wzdrygając się z zimna.
      - Dobrze więc. Będziesz spała na sienniku, a ja posiedzę na krześle przez noc.
      - Nie! Przecież mówię, że boję się spać sama... połóż się obok mnie - poprosiła. Serce zabiło mi mocniej. Szybko spełniłem jej prośbę. Siennik był dość wąski. Obróciłem się do niej plecami, aby mieć drzwi na oku, kiedy nagle poczułem chłodne rączki splatające się na mojej klatce piersiowej.
      - Co ty robisz?! - Spytałem, zdumiony.
      - Przytulam cię, mój bardzie! - Roześmiała się Lena. Kiedy odwróciłem się w jej stronę, odpychając jej dłonie, ona znów mnie pocałowała. Wyraźnie poczułem uciekające ze mnie emocje, uczucia... poczułem się pusty i bezsilny. Z najwyższą trudnością oderwałem się od jej miękkich ust. - Czyżby ci się nie podobało, Dúlindirze?
      - Podobało - wyszeptałem, z trudem łapiąc oddech. - Ale tak nie wolno. Nie chcę naruszyć twojej czci.
      - Ach, więc to ja ci się nie podobam? - Zapytała mrożącym krew w żyłach tonem.
      - Wręcz przeciwnie - uśmiechnąłem się, głaszcząc jej policzek. - Nie jesteś dla mnie. Jesteś zbyt dobra.
     Posmutniała. Widziałem ból w jej oczach, który przelał się także we mnie. Odczułem złość na siebie, smutek, bolało mnie, że ją ranię... chciałem ją chronić... wtedy dotknęła moich ust ponownie, a moje emocje znów... wypłynęły. Wiedziałem, że mnie niszczy. Czułem, jak wysysa moją życiową energię. Postanowiłem więc wcielić swój plan w życie.
      - Kocham cię, Leno - powiedziałem, spoglądając prosto w jej łakome, zielone oczy, jaśniejące z każdą astralną kroplą mej energii. Po chwili pojawiło się w nich przerażenie.

     Spoczywałem w jej chłodnych ramionach. Wtulałem twarz w jej obojczyki, głaskałem te piękne, brązowe włosy. Pistacjowe oczy spoglądały w pustkę pod sufitem, a ciepła ciecz wylewająca się z jej przebitych piersi grzała mnie w tę smutną, zimową noc. Ciekawiło mnie, jakim sposobem tak chłodne ciało może mieć tak ciepłą krew. Tak, czułem, że odnalazłem dom. Odnalazłem dom w ramionach tej cudownej istoty, z którą było dane mi żyć. Spoglądałem na jej martwe, blednące usta. Wyglądały jak przygasający, różowy płomień. Ciemność zbudziła się wokół mnie. Czułem, jak cienie pochłaniają moją duszę, była im zapisana już dawno. Dziś, wraz ze śmiercią Leny, uśmierciłem kawałek swojego serca. Miałem nadzieję jednak, że szybko o niej zapomnę, bardowie nie mogą być tak wrażliwi na żywot innych.
     Wyskoczyłem przez okno, mimo, iż odległość do ziemi była spora. Trzymałem ją na rękach, była drobniutka, ważyła tyle, co piórko. Odkryłem coś dziwnego. Jej krew nie miała zapachu. Nie czułem tej charakterystycznej woni żelaza i soli, nie czułem zapachu powoli gnijącej cieczy, z kolei sama konsystencja krwi była gęsta, lepka niczym kisiel. Śnieg spadający na jej oblicze nie topniał. Miałem nadzieję, iż płatki roztopią moją winę. Chciałem dobrze.
     Wrzuciłem ją do wpół zamarzniętego jeziora. Wkoło panowała cisza, spokój. Usiadłem na krawędzi lodu. Śnieg przestał padać, chmury odsłoniły niebo, z którego Księżyc blado wskazywał krwawe plamy nieopodal mnie. Gwiazdy migotały zachęcająco. Dołącz, dołącz do wybranki, mówiły. Och, jakże mnie kusiło, aby skoczyć w czarną toń wody. Zimno ogarnęłoby moje ciało, płuca rozrywałyby się na kawałeczki przez wszechobecną wodę, a ja utonąłbym, dołączając do niej... a może dołączyłbym do Raonulla?
     Powstałem, kręcąc głową. Jak mogłem być taki głupi? Musiałem podróżować dalej. Na tym polega mój zawód, bard nie może roztkliwiać się nad swoją ofiarą. Lena tak naprawdę chciała mnie wykorzystać. Okłamała mnie - zresztą, czy tylko mnie? - w sprawie rodziny. Zniszczyłaby mnie. Przekonywałem samego siebie, że to było jedyne rozsądne wyjście. Ha, może nawet napiszę o tym pieśń? Gawiedź będzie zachwycona, uwielbiają dramaty, szczególnie te głupie ludzkie kobiety. W ten sposób także uczczę pamięć Leny.
     Zapomnę. Wiem to. Jedyne, o czym nie zapomnę, to biel jedwabiu, na którym pojawiały się coraz szersze plamy rubinowej krwi.

     W oddali rozbrzmiewał dźwięk dzwoneczków doczepionych do sań ciągniętych w tych okolicach przez konie. Przypomniałem sobie, jak kiedy byłem młodszy, jechałem w podobnych saniach, lecz w mojej wiosce zamiast koni hodowano renifery. Zimowy wiatr smagał moje łydki, a śnieg wsypywał się pod kaptur, nieprzyjemnie chłodząc moją szyję. Brnąłem w śniegu bez określonego celu. Pieniądze skończyły się już jakiś czas temu, lecz skoro słyszałem sanie, to nieopodal musiała być jakaś osada.
     Wbrew moim przewidywaniom, śmierć Leny dotknęła mnie nieznacznie. Ot, kolejna ofiara, kolejny wróg zmieciony z powierzchni tej planety. Czyż można kochać i nienawidzić jednocześnie? Można, czego dowodem było moje uczucie do pasożytniczej wampirzycy.

W odległej krainie spoczywa ona, 
Moja nieżywa niedoszła żona. 
Jej oblicze, zniebieściałe, 
Pochłonęło jezioro całe. 
Poniżej tafli widzę jej ciało, 
Tak pięknych dziewcząt na świecie jest mało. 
Teraz ostała się już jedna mniej, 
Za sprawą bezlitosnej ręki mej, 
Mego sztyletu ostrza srebrnego, 
Wbitego po brzegi serca czerwonego.