środa, 18 czerwca 2014

07. When elves are holding a rat...

     Nemeyeth wraz z najlepszym przyjacielem - Queriethem, podróżowała obrzeżami miast, trzymając się z dala od ludzi. Wędrówka przywiodła ich do Mrocznego Pustkowia, na sam skraj Czarnej Puszczy. Zamierzali przeprawić się przez nią, gdyż była to krótsza droga prowadząca do morza. Chcieli dostać się tam jak najszybciej, ponieważ czekał ich kurs do sąsiedniej krainy, która leżała na wyspie. Władca tegoż lądu chciał, aby Querieth i Nemeyeth pozbyli się hord hobgoblinów atakujących niewinnych poddanych.
     Querieth, wysoki, bardzo szczupły mroczny elf o oczach przywodzących na myśl trawę obsypaną złotym, kwiatowym pyłkiem, stał przed Nemeyeth, spoglądając na mrok ziejący spomiędzy drzew. Loki w kolorze pszenicy spływały na jego barczyste ramiona. Łowca nosił lekką, ciemną zbroję, na którą miał zarzucone futro. Kołczan ze strzałami, do którego przypięty był łuk, nosił przełożony przez ramię. Pod futrem, choć nie było tego widać, trzymał krótki miecz.
     Nemeyeth, dla kontrastu niska, lecz równie szczupła mroczna elfka zamknęła swoje szmaragodowo-zielone oczy. Wsłuchiwała się w Ziemię, która była ich wspólnym Żywiołem. Delikatny podmuch wiatru bawił się jej długimi, brązowymi włosami, w których widać było rudawe pasma - pozostałości po dawnej rytualnej czerwonej barwie. W dolnej wardze miała dwa kolczyki. Miała na sobie czarną szatę z granatowymi wstawkami, na niej ciemny płaszcz z obszernym kapturem. W prawej dłoni dzierżyła kostur zrobiony z ciemnego drewna, w którego głowicę wciśnięta była czaszka ludzkiego noworodka. Przy pasie miała długi zatruty sztylet.
     Oboje wychwycili niepokojące sygnały płynące od ich Żywiołu. Jakby sama Ziemia przemawiała do nich: "Nie wchodźcie tu!", "Bądźcie ostrożni!". Drzewa wyglądały na stare, konary były tak osmalone, jakby niedawno pożar trawił cały las. Mimo tego, na gałęziach było mnóstwo ciemnozielonych liści.
     Przyjaciele spojrzeli na siebie.
      - Pójdę przodem. Łatwiej wyczuję obecność magii, niż ty. Będziesz mnie krył? - spytała Nemeyeth.
      - Oczywiście - oznajmił Querieth. - Tylko nie wywróć się jak na ostatniej misji, bo wtedy narobiłaś takiego hałasu, że wszystkie gobliny uciekły, z kolei trolle miały niezłą zabawę!
     Nemeyeth spłoniła się.
      - Nie moja wina, że jestem niezdarna...
      - Jasne - mruknął Querieth. - Zwinność elfa, siła krasnoluda... - zachichotał. Nemo posłała mu mordercze spojrzenie i weszli do Puszczy.
     Uderzyła ich martwa cisza, pośród której słyszeli tylko własne oddechy i bicia serca. Co jakiś czas gałązki trzaskały pod ich stopami. Przedzierali się przez Czarną Puszczę. Liczne zarośla spowalniały ich tempo. W pewnym momencie Nemeyeth przystanęła tak gwałtownie, że Querieth wpadł na nią.
      - Zwariowałaś?! Co ty robisz?!
      - Querieth - powiedziała półgłosem. - Musimy się zatrzymać.
      - Co jeszcze? Może piknik zróbmy? - powiedział elf ze złością w głosie.
      - Ktoś nas obserwuje.
      - Nemo... nic nie słyszałem, choć mam równie wyczulony słuch, jak twój. Impulsy magiczne?
     Nemeyeth potrząsnęła głową.
      - Ja to po prostu czuję. Dobrze wiesz, że niejednokrotnie wyczuwałam różne rzeczy instynktem.
      - Wierzę Ci - powiedział Querieth po chwili milczenia. - Jednakże nie powinniśmy tutaj stać. Jesteśmy zbyt łatwym celem.Chodźmy.
     Przyjaciele wznowili wędrówkę. Nie uszli kawałek dalej, nim spadła na nich siatka.
      - Nie ruszajcie się - rozległ się głęboki, męski bas. - Ruszcie się o krok, a stracicie życie.
      - Fajnie - stwierdziła Nemo sarkastycznym tonem. - Ciekawe, jak mamy się ruszyć, skoro właśnie zrzuciliście na nas siatkę...
     Posiadacz głosu wyszedł z cienia. Był to bardzo wysoki, umięśniony mężczyzna, połączenie orka i człowieka. Miał krótkie, szczeciniaste włosy w ciemnym kolorze, a błękitne oczy błyszczały nienaturalnym, złowieszczym blaskiem, wyglądając niczym błękitne ogniki. Nosił skórzaną, lecz wyglądającą solidnie zbroję, przy pasie miał topór. Z drzewa zeskoczył elf, lądując tuż obok wysokiego towarzysza. Elf, podobnie jak towarzysz, miał ciemne włosy i niebieskie oczy, które były matowe i w tym oświetleniu przypominały popiół. Był średniego wzrostu - zdecydowanie wyższy od Nemeyeth, jednocześnie niższy od Querietha. Szczupły, miał na sobie lekką kolczugę. Jego jedyną bronią był napięty łuk i przygotowana strzała, wycelowana w Querietha.
      - Spróbuj strzelić, a dołączysz do mojej armii, psie - wycedziła przez zęby Nemeyeth, ściskając kostur. Querieth ostrzegawczo położył dłoń na jej ramieniu. Nachylił się i szepnął coś do jej ucha. Elfka rozpromieniła się. Po chwili spojrzała na przeciwników i ze słodkim uśmiechem powiedziała:
      - Wybaczcie, bywam czasem dość nerwowa! Jak się nazywacie, mili panowie? Cóż tacy wspaniali mężczyźni robią w tej ciemnej Puszczy?
      - Jeśli myślisz, że twoje kobiece gierki wyprowadzą nas w pole, jesteś w błędzie - rzekł elf, nie zdejmując strzały z cięciwy.
      - Skądże, gdzież mi to w głowie?! Lecz imiona możecie podać! Jestem pewna, że skądś was znam - blefowała.
      - Dobrze, właściwie i tak za chwilę zginiecie, więc nie zaszkodzi podać wam nasze imiona. Ja zwę się Tinchon i jestem ognistym elfem, z kolei to jest Thangkrumm, pół-ork.
      - Thangkrumm? - Nemeyeth nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem. - To brzmi jak kichnęcie! Hahaha!
     Pół-ork widocznie zdenerwował się. Zacisnął rękę na toporze i wykonał ruch, jakby chciał rozciąć nim jej głowę, lecz Tinchon powstrzymał go.
      - Ostatnie życzenie? - spytał elf, uśmiechając się wrednie.
     W tym samym momencie Nemo i Querieth jednocześnie uklęknęli, przykładając dłonie do podłoża, z którego błyskawicznie wystrzeliły dzikie, pokryte bluszczem pnącza. Popłynęły w kierunku przeciwników i nim zdążyli wykonać choćby najmniejszy ruch, oplotły ich niemiłosiernie mocno. Uniosły ich w powietrze, wytrącając broń. Mroczne elfy rozcięły sieć sztyletem Nemo i wyskoczyły w dobrym momencie, ponieważ gdyby siedzieli w niej chwilę dłużej, spadający topór obciąłby im głowy za jednym zamachem, by po chwili ich ciała zostały obsypane gradem strzał wypadających z kołczanu.
      - Punkt pierwszy: poznaj przeciwnika - powiedziała elfka. Querieth pozbierał strzały, sprawdził ich groty i wsadził do swojego - prawie już pustego kołczanu. - Gdybyście spytali nas o to samo, o co my spytaliśmy was, wiedzielibyście, z kim zadzieracie.
     Uwięzieni dziko zawyli ze złości i bezsilności.
      - Punkt drugi: nie szydzi się z osoby słabszej. To niekulturalne. - Posłała promienny uśmiech w stronę więźniów.
      - Jest was więcej? - spytał Querieth łagodnym, spokojnym tonem. - Jest was więcej? - Powtórzył, gdy nie doczekał się odpowiedzi.
      - Chyba potrzebują zachęty -stwierdziła Nemo, wychodząc krok do przodu. - Pozwólcie, iż teraz my się wam przedstawimy!
      - Nazywam się Querieth. Jedną strzałą potrafię przebić trzy gardła naraz. Ponadto potrafię sprawić, że strzała trafi tak niefortunnie, iż przeciwnik umrze w męczarniach. Jeżeli chcielibyście zmierzyć się z nami, posiadam także krótki miecz. Nawet nie zauważylibyście, kiedy ściąłbym wam głowy, jestem taki szybki.
      - Ja z kolei zwę się Nemeyeth. Jestem nekromantką, w dodatku jedną z najlepszych na całym świecie, nie, żebym się chwaliła! - zaśmiała się. - Oprócz tego, że w mgnieniu oka mogę wcielić was do mojej armii nieumarłych, potrafię także rzucać rozmaite klątwy i czary. Dobrze władam też zatrutym sztyletem. Trucizna wsiąka w ranę błyskawicznie. W ciągu minuty ofiara pada w konwulsjach na ziemię, jej naczynia krwionośne rozszerzają się i ofiara doznaje licznych krwotoków. Naszym Żywiołem jest Ziemia. Nie myśl, że uda ci się spalić te pnącza - popatrzyła pogardliwie na ognistego elfa. - W każdej chwili mogę przywołać nowe, tym razem kolczaste.
      - Nie! Czekaj! My...
      - Chyba chcą nam coś powiedzieć! - Wykrzyknął Querieth, imitując odkrywczy ton głosu. Po chwili przybrał surowy ton głosu. - Z jakiego powodu chcieliście nas zabić?
      - Ta Puszcza należy do nas - odezwał się milczący dotychczas Thangkrumm. - My, Plemię Ognia, rządzimy tymi krainami! Wypuśćcie nas! Tracimy tylko czas niezbędny do...
      - ZAMKNIJ SIĘ! - wykrzyknął Tinchon. - Nie rozumiesz, że jeśli im to wygadasz, będą przygotowani? A tak... może uda im się zaskoczyć tę dwójkę i zabiją ich!
      - Zastanów się, Tinchonie - odparował spokojnie barbarzyńca. - Oni mogą nam pomóc. Są zdolni. Ten blondyn potrafi walczyć, nie tylko strzelać z łuku, jak ty - spojrzał na Tinchona wzrokiem, od którego elf zarumienił się ze wstydu. - A widziałeś tę małą? Jest nekromantką, może przywołać parę umarlaków, aby pomogli nam z nimi walczyć!
     Querieth i Nemeyeth spojrzeli na siebie, nic nie rozumiejąc. Po chwili namysłu ognisty elf kiwnął głową i zwrócił się do dwójki stojącej na dole.
      - Wybaczcie nam, towarzysze - zaczął. - Z początku chcieliśmy pozbyć się was, gdyż myśleliśmy, że jesteście posłańcami wroga. Wypuśćcie nas, nie ma czasu do stracenia. Nadchodzą Szczurołapy!
    Nemeyeth spoglądała z niezrozumieniem to na Tinchona, to na Querietha. - Kim są Szczurołapy? Łapią szczury?
      - Nie... - Querieth klepnął się w czoło. - Nie spotkałaś na swojej drodze Szczurołapa? To dobrze wyszkolony wojownik walczący sztyletami, który dodatkowo posiada Magię Umysłu. Ciężko walczy się z nimi, są szybcy i zwinni jak cień.
      - Teraz rozumiem. - Zwróciła się do więźniów. - Jaką mam gwarancję, że nie kłamiecie? Że nie zdradzicie?
      - Przyjmij moje ogniste słowo honoru - Tinchon przyłożył dwa palce lewej ręki w miejsce serca, palec wskazujący prawej ręki przykładając do ust. - Ręczę także za Thangkrumma. Nie czekajmy, błagam was!
     Querieth skinął głową do Nemeyeth i odwołali pnącze. Mroczny elf oddał ognistemu jego strzały i łuk, w tym czasie Thangkrumm wygrzebał swój topór.
     Zrobili to w odpowiednim momencie. Właśnie zza zakrętu wyłoniły się głowy około czterdziestu Szczurołapów, którzy na smyczach trzymali... osiem wielkich szczurów. Wielkością przypominały spore psy, wściekle piszczały, piana toczyła się z ich pysków. Wściekle strzygły wąsami. Każdy Szczurołap miał na sobie obszerną pelerynę, pod którymi skrywali kolczugi. Na głowach mieli kapelusze z bardzo szerokim rondem. Zaczęli wykrzykiwać do siebie coś w dziwacznym języku i rzucili się na nich.
     Na każdą osobę z nowo powstałej "drużyny" przypadało dziesięciu Szczurołapów i dwa szczury. Walka toczyła się zacięcie. Querieth początkowo ramię w ramię z Tinchonem strzelali w Szczurołapy, lecz zdążyli ustrzelić zaledwie czterech, nim ci dotarli do "drużyny". Nemeyeth wzięła się za dowodzenie.
      - Tinchon, do tyłu! Stań za mną i ostrzeliwuj ich! Querieth, razem z Thangiem atakujcie ich mieczem i toporem!
     Tinchon wskoczył na drzewo o szerokich konarach i z szybkością nie mogącą równać się z Queriethem, lecz wystarczającą zaczął strzelać we wrogów. Jego strzały płonęły ogniem, który spalał ciała ustrzelonych przeciwników. Podobnie topór Thangkrumma zapłonął błękitnymi językami ognia, jego oczy rozżarzyły się niebiesko i atakował w dzikim szale. Querieth ze zwinnością i szybkością rozdawał ciosy swoim krótkim mieczem, z kolei Nemo rzucała tyle zaklęć, ile się dało. Zobaczyła, jak jeden z rannych Szczurołapów odbiega w bok i próbuje skryć się, więc rzuciła w niego czarem, który sączy truciznę w ciało ofiary, wykańczając ją. Wiedziała, że Szczurołap daleko nie odejdzie, nim padnie, więc zajęła się rzucaniem innych zaklęć, które powodowały śmierć, lub cierpienie.
     Usłyszała szybko stłumiony krzyk. Odwróciła się i zobaczyła, jak dwa Szczurołapy odciągają w bok zranionego Tinchona. Rozerwana pomiędzy pomocą Queriethowi i barbarzyńcy, a pomocą ognistemu elfowi, wybrała tę drugą opcję. Tinchon w końcu był bezbronny, do dyspozycji miał tylko strzały i łuk. Pobiegła za nimi. Rzuciła klątwę widmowego dotyku - polega to na tym, że ofiara przez chwilę dostaje zamroczenia, słyszy głosy widm i duchów, co doprowadza ją do takiego szaleństwa, iż rani sama siebie - lecz nie trafiła. Przystanęła na chwilę i złajała siebie w duchu. Przecież była nekromantką! Postanowiła przywołać dwa szkielety i nieumarłego goblina. Szkielety były jednymi ze słabszych jednostek; chciała przywołać je, aby zająć Szczurołapy i odbić elfa. Nieumarłe gobliny mają to do siebie, że jednym ukąszeniem powodują wyssanie części życia z ofiary i wlanie go w siebie, dzięki czemu mogą długo walczyć, choć nie są zbyt silne. Skupiła się na tym i po dwóch minutach obok niej stały dwa szkielety i nieumarły goblin. W starożytnym języku Władców Śmierci rozkazała im zaatakować Szczurołapy. Przywołani nieumarli nie zwlekali z wykonaniem rozkazu. Rzucili się na Szczurołapów, którzy porzucili Tinchona w krzaki. Nemeyeth, szybko jak błyskawica, podbiegła do niego, pomagając mu wstać.
      - Wskakuj na tamto drzewo! Jeżeli jesteś w stanie nadal ostrzeliwać wrogów, rób to, lecz oszczędzaj siły, byś mi tu nie wyzionął ducha!
      - Spo... spokojnie - wydyszał elf. - My, elfy, jesteśmy ulepione z twardej gliny! Tylko... tylko muszę odetchnąć... - wysapał i po chwili pokuśtykał do drzewa. Nemeyeth rzuciła na Szczurołapy klątwę podobną do klątwy trucizny - powodowała ona, że ofiara doznaje trądu. Całe ciało gnije na jej własnych oczach. Patrząc zadowolona na efekty, powróciła do Querietha i Thangkrumma. Wciąż walczyli, atakując piętnastu przeciwników, którzy ich otoczyli.
      - Gdzieś ty była?! - Wykrzyknął Querieth. - Wybrałaś sobie porę na przechadzkę!
      - Musiałam uratować Tinchona! Już jestem, daliście sobie radę beze mnie!
     W tym momencie zaczęła rzucać klątwę trucizny na każdego Szczurołapa po kolei. Trzech przedarło się do niej. Jednego powaliła strzała Tinchona, drugiemu do śmierci wystarczyło draśnięcie sztyletem Nemo. Już wcześniej był ranny, a jej trucizna dopełniła jego przeznaczenia. Z trzecim poszło gorzej, gdyż rozciął szatę elfki, wbijając nóż w jej bok. Krzyknęła z bólu. Pociemniało jej w oczach. Jej nozdrza, wcześniej atakowane tą wonią, wyczuły po raz kolejny zapach krwi. Przez chwilę nic nie widziała. Słabła. W akcie desperacji złapała dłońmi twarz Szczurołapa, wbijając kciuki prosto w jego oczy. Zaskoczony mężczyzna upuścił broń i złapał ją za ręce, szarpiąc je do krwi. Ona jednak nie poddała się. Skierowała paznokcie w dół i nacisnęła z całej siły. Przebiła mu powieki, ledwo muskając gałki oczne. Nacisnęła ponownie. Przebiła je. Żółtawa, przezroczysta, gęsta ciecz zalała jej ręce, lepiąc je odrobinę. Białko. Szczurołap zawył. Padł na ziemię, szukając broni. Wystarczyło jedno kopnięcie, aby przewrócić go na plecy. Wbiła mu sztylet pod mostkiem. Miejsce nie miało już znaczenia, trucizna wykonała swoją robotę. Wciąż słabnąca wsparła się na kosturze. Walka kończyła się. Barbarzyńca i łowca dobijali resztę Szczurołapów. Nemo zdążyła rzucić jeszcze jedno zaklęcie: zaklęcie widmowego dotyku, którym trafiła jednego ze Szczurołapów. Później straciła świadomość.

      - Hej, spójrzcie! Budzi się!
     - Co ja... - elfka zmrużyła oczy, oślepiona blaskiem. - Gdzie ja jestem? Umarłam? Ten parszywy Szczurołap załatwił mnie? Trafiłam do nieba? - Zapytała z nadzieją.
      - Nie! - Usłyszała śmiech wymieszany z ulgą. To był głos Querietha. - Żyjesz! Dzięki życzliwości Tinchona i Thangkrumma trafiłaś do ich kryjówki.
      - Typowe kobiety... w ogóle nie powinny walczyć. Małe to to i chude... a delikatne tak, że byle podmuch może to zwiać - burnkął Thang. Nemeyeth posłała mu spojrzenie, od którego wszyscy roześmiali się.
      - Ktoś jeszcze jest ranny? - Spytała Nemo, krzywiąc się z bólu, który odezwał się w jej zranionym boku, gdy śmiała się.
      - Tinchon ma złamaną nogę, parę zadrapań. Thangkrumm z kolei ma sporą szramę na udzie, wiele siniaków, lecz to pół-ork, jest wytrzymały - oznajmił Querieth.
      - A ty? - spojrzała badawczo na przyjaciela.
      - Ach... mi? Nic mi nie jest... - mroczny elf wyraźnie uciekał wzrokiem.
      - Nie kłam! Nemeyeth, Querieth ma - konkretnie to miał - wybity bark, ranę na biodrze, lecz nie tak głęboką, jak ty, no i mnóstwo zadrapań.
      - No mówiłem! Nic mi nie jest!
      - Dosyć - ucięła Nemo. - Wstaję. Wy kładziecie się i teraz moja kolej, by się wami zaopiekować. Ile leżałam?
      - Trzy dni - pospieszył z odpowiedzią Thang. - Straciłaś naprawdę wiele krwi.

     Tydzień później nadszedł czas rozstania. Thangkrumm i Tinchon, z którymi mroczne elfy bardzo się zżyły, eskortowali ich nad sam skraj morza. Dziękując za gościnę Nemeyeth wyściskała Thanga i Tinchona. Wszyscy obiecali sobie, że będą do siebie pisać, że Nemo i Querieth odwiedzą ich w drodze powrotnej, oraz, że zawsze, kiedy ktoś z czwórki będzie potrzebować pomocy, da znać reszcie.

     Stojąc na pokładzie statku, w środku nocy Nemeyeth spoglądała w stronę księżyca.
      - Zadziwiające, jak los splata drogi przeznaczenia, którymi kroczymy... - wyszeptała. - Chciałabym wiedzieć, cóż skrywasz za swoim tajemniczym obliczem, drogi księżycu...
     Usłyszała lekkie kroki za sobą.
     - Nemo, nie śpisz jeszcze? Idź już do kajuty. Musisz się wyspać. Jutro czeka nas ciężkie zadanie.
     - Wiem, Querieth. - Elfka westchnęła, wciąż wpatrując się w bezchmurne, granatowe niebo. - Myślisz, że spotkam kiedyś odpowiedniego powiernika sekretów... i mojej duszy?
     Querieth odchrząknął znacząco. Nemo roześmiała się.
      - Dobrze wiesz, o co mi chodzi.
     Mroczny elf za przykładem przyjaciółki spojrzał w niebo.
      - Opiekujący się tobą Saturn z pewnością kogoś ci przyszykuje - zapewnił ją. - W końcu ma te pierścienie, prawda? To o czymś świadczy. Poza tym - wykonał wskazujący ruch ręką. - Spójrz na moją planetę, Wenus. Ona oznacza miłość. Niechybnie kogoś spotkasz, Nemo. Wenus jest pod dziwnym kątem. Właściwie... wygląda, jakby łączyła ze sobą parę: Jowisz i Księżyc z Saturnem i tą jasną gwiazdą. Może to jakiś znak? - Położył dłoń na jej ramieniu i odszedł do swojej kajuty.
      - Może...

poniedziałek, 16 czerwca 2014

06. Moon through a dragonfly's wing.

     Był to wyjątkowo ciepły letni wieczór. Wiatr przeczesywał zielone liście w lesie, niczym palce dziewczyny przeczesujące włosy ukochanego. Niebo nie skalała nawet najmniejsza chmurka. Gwiazdy migotały spokojnie z granatowej przestrzeni, nieśmiałe promienie błękitnego tej nocy księżyca zaglądały na leśną polankę, na której zebrała się niewielka gromada elfich nomadów.
     Ognisko trzaskało wesoło, pomarańczowe płomienie wzbijały się w górę w dzikim tańcu, wyrzucając w powietrze płatki popiołu. Wokół ognia siedziała trójka osób. Wszyscy widzieli się pierwszy raz na oczy. Po spożyciu potrawy przygotowanej przez jedną z nich, spoczęli na trawie i zaczęli opowiadać sobie o swoich wędrówkach i przygodach. Po długim czasie, obfitym w interesujące powieści, temat zszedł na legendy każdego rodu obecnych tu elfów.
     Fainauriel, elfia wojowniczka, pochodziła z południa. Jej szczep związany był z Żywiołem Ognia. Była elfką dość energiczną i wesołą, jednocześnie otulał ją woal wdzięku. Była średniego wzrostu, miała śniadą karnację, kilka piegów, oczy wyglądające jak dwa bursztyny idealnie pasowały do jej włosów, czarnych z rudymi pasemkami, które sięgały do łopatek. Postrzępione nadawały wrażenie gasnących wśród popiołu płomyków. Była ubrana w lekką, skórzaną zbroję. Krótki miecz leżał zawsze w pobliżu niej. Była charyzmatyczna i zwinna, lecz nie miała wielkiego talentu do opowiadania.
      - Cóż mogę powiedzieć o swoim plemieniu? Przyznam, że nie słuchałam za bardzo, gdy mentor mi to opowiadał, ale... Podobno była kiedyś jakaś elfia księżniczka, całkowicie ruda, w której zakochał się ludzki wojownik o włosach czarnych jak... jak sadza. Ona odwzajemniała jego uczucie, ale nie mogli się połączyć, gdyż doprowadziłoby to do obopólnej klęski. Król, jej ojciec, chciał wydać ją za elfa z plemienia wody - jej spojrzenie padło na jednego z obecnych elfów. - Zaręczył ją bez jej zgody. Ona nie chciała tamtego elfa. Miało to przynieść korzyść królestwie, lecz ona nie myślała o tym. Którejś nocy wyskoczyła ze swojej wieży i pobiegła w umówione miejsce, w którym miała spotkać się z ukochanym. Naryfiel, bo tak się zwała, rzuciła się w ramiona ukochanego Taurina. Pisana była mu jakaś tam szlachcianka z dobrego domu. Oczywiście chciał być tylko z Naryfiel. Postanowili więc, że popełnią samobójstwo, razem. Po gorącej nocy, którą spędzili w swoich objęciach - Fainauriel spojrzała znacząco na wszystkich - wypili wcześniej odpowiednio spreparowane, zatrute wino.
     Wśród elfów nastała cisza. Kolejną osobą, która podjęła się opowiadania, był elf pochodzący z plemienia graniczącego ze szczepem Fainauriel. Był on magiem Żywiołu Wody, z którym związane było pochodzenie jego plemienia. Mornenion był bardzo wysoki. Miał włosy w kolorze siana i błękitne oczy. Miał dobrze zbudowaną sylwetkę, silne, zwinne dłonie. Ubrany był nie w szatę, jak większość magów, a w lekką zbroję z nieznanego innym materiału, który połyskiwał w odcieniach niebieskiego. Obok miał kostur, biały, z szafirem wciśniętym głęboko w drewno.
      - Naszą historią - odezwał się głębokim basem. Miał uspokajający ton, przywodzący na myśl leniwe pluskanie rzeczki, która rozzłoszczona zbyt gwałtownymi opadami deszczu zmienia się nie do poznania. - jest opowieść o potędze mojego przodka. Zabawne, prawda? Plemię Ognia, znane z pociągu do władzy, mają legendę o miłości, my z kolei, spokojne Plemię Wody mamy opowieść o potędze - przetoczył wzrokiem po zebranych. - Potędze, która zgubiła najdoskonalszego z nas. Nie będę zanadto rozwodził się nad tym. Mój przodek uległ żądzy, która zgubiła go. Jego, a także prawie cały szczep, co było wynikiem jego niedopatrzenia - Mornenion spojrzał w dal, najwyraźniej zamyślony. Obecni spoglądali ciekawie, lecz nic więcej nie usłyszeli. - A ty, Nemeyeth? - spytał kulturalnie elfki, która tak bardzo różniła się od nich. Miała wszak jasną karnację, długie włosy w kolorze ciemnego brązu i kontrastujące z nimi zielone oczy, skrywające obietnicę jakichś tajemnic. W dodatku była najniższa i ubrana cała na czarno. - Masz jakąś ciekawą opowieść? W końcu jesteś mrocznym elfem. Zapewne jest krwawa? - uśmiechnął się swoim oszałamiającym uśmiechem, za którym szalało wiele młodych dam. Nemo poczuła, jak na ten widok ściska się jej serce z czułości.
      - Pochodzę, jak wiecie, z północnego szczepu mrocznych elfów. Nasza legenda jest równie różna od waszych oczekiwań, jak wasza od moich.
      - Opowiedz więc! Jestem bardzo ciekawa, co tam skrywacie! - wykrzyknęła Fainauriel. Nemeyeth uśmiechnęła się. Usiadła, krzyżując nogi, spojrzała w niebo i z głosem przepełnionym szacunkiem, zaczęła opowiadać.
      -  Miliardy lat świetlnych temu, na niebie rodziły się i umierały gwiazdy. Słońce... Słońce było obojętne, egoistyczne. Uważało, że gwiazdy i satelity nie mają racji bytu, gdyż odbijały jego promienie, napawając tym oczy ras kotłujących się na Niebieskiej Planecie, Ziemii. Zdarzyło się tak, że słońce wschodziło, tym samym zabijając gwiazdy i satelity. Zauważyło jednak, że dwa ciała niebieskie opierają się sile jego promieni: była to samotna Gwiazda, migocząca raz na niebiesko, raz na czerwono, oraz Księżyc, którego tak bardzo Słońce nienawidziło. Słońce zakochało się w Gwieździe. Chciało zagarnąć ją, pochłonąć, pragnęło jej, widziało jej powierzchnię, nie zważało na to, jaka jest naprawdę. Gwiazda bała się go, lecz starała się z nim zaprzyjaźnić, gdyż była dobrą istotą...
      - Czekaj, istotą? Ale gwiazdy...
      - Nie przerywa się czyjejś opowieści, Fainauriel. Czyż nie uczą tego w twoim plemieniu? - łagodnie zwrócił jej uwagę Mornenion. - Kontynuuj, Nemeyeth.
      - Jak więc mówiłam... - zaczęła Nemo. - ...Gwiazda była dobrą istotą. Jednak nie odwzajemniała uczuć Słońca, które tak brutalnie co rano mordowało jej przyjaciół - inne gwiazdy. Jej serce skierowane było ku...
      - Serce?! Przecież gwiazdy to tylko wielki kawał materii, nie mają serca, tylko jądro zbudowane z metali! - wykrzyknęła Fainauriel. Nemeyeth spojrzała na nią morderczym wzrokiem.
      - Lubisz wzorki, Fainauriel?
      - No... tak, ładne są, jakbyś nie zauważyła, mam nawet kilka "wzorków" wytatuowanych... dlaczego pytasz?
      - Ponieważ w moim plemieniu uczą nas, jak torturować osoby, które często mówią zbyt wiele - oznajmiła Nemo spokojnym tonem. - Potrafię wyciąć w języku jeszcze piękniejsze wzorki, niż te, które masz na rękach.
     Elfka ze szczepu Ognia machinalnie zatkała usta rękoma. Mornenion zaśmiał się cicho, a Nemeyeth kontynuowała.
      - Serce i uczucia Gwiazdy skierowane były ku Księżycowi. Był on jej przyjacielem, całe noce spędzali na rozmowach na każdy temat. Księżyc, w przeciwieństwie do Słońca, dostrzegał jej duszę. Był w nią wpatrzony, nie zwracał uwagi na inne gwiazdy. Jednej nocy wyznał jej uczucia. Gwiazda uradowała się tak tylko, jak może uradować się spragniony wędrowiec na pustyni, który dojrzał oazę. Jednakże w tym samym momencie wstało Słońce. Dojrzało Księżyc, który zbliżył się do Gwiazdy i oszalało z zazdrości. Wpadło w żądzę niszczenia i zaświeciło mocniej, chcąc zabić Gwiazdę - skoro ono nie może jej mieć, niech ona zginie. Księżyc był jednak na tyle potężny, że zasłonił ukochaną swoim ciałem - ciemną stroną, do której Gwiazda przyległa. Jasną stroną odbijał promienie Słońca, które ugodziły Słońce prosto w oczy. Od tamtej pory co poranek toczy się śmiertelna walka Księżyca ze Słońcem. Właśnie dlatego - zakończyła elfka - obraliśmy sobie astralne ciała niebieskie za opiekunów.
     Mornenion i Fainauriel milczeli, pogrążeni w myślach. Każde z nich powoli kładło się, aby przed szarzejącym porankiem zdążyć choć trochę się wyspać.
     Rano cała trójka żegnała się. Mimo kulturowych różnic, zostali dobrymi przyjaciółmi. Każde z nich zachowało w pamięci historie odmiennych szczepów i wnioski płynące z nich.
     Ten poranek był inny niż zwykle. Spoglądali w niebo, na które leniwie wypływało złote Słońce. Widzieli jedyną wytrwałą Gwiazdę, samotną na nieboskłonie, która za jedynego towarzysza miała swój piękny Księżyc.