piątek, 8 sierpnia 2014

11. Dúlindir, czyli gdyby Nemo była bardem... cz. 3

     Od mojej ostatniej wędrówki, jaką był powrót do rodzinnej wioski, minęło trochę czasu. Podczas rozmowy, jaką odbyłem z Ildruinem na temat Leny, był środek lata, teraz zaś nadeszła zima.
     Stałem na otwartej przestrzeni Rynku miasteczka o wdzięcznej nazwie Gracedown. Sam Rynek był schludny, kolorowe kamieniczki, teraz ośnieżone, odcinały się od zimowych szarości i bieli. Strzeliste dachy rzucały wyzwanie niebu. W oknach stały świece, na drzwiach wiązanki ostrokrzewu. Wybrukowane uliczki były udekorowane świerkami, w dodatku były dziś mniej uczęszczane, niż normalnie - na zewnątrz było grubo poniżej dwudziestu stopni w skali Fanabiana - dzięki czemu srebrzysty śnieg nie zmienił się w błotnistą breję. Nie sprzyjało to jednak mojej pracy. Próbowałem zarobić na nocleg w karczmie, tymczasem w pokrowcu na lutnię, którego używałem jako skarbonki, leżało zaledwie parę miedziaków i jedna srebrna moneta. Westchnąłem, lecz cóż począć? Grałem dalej.

Kiedy w świecie hula zima, 
Kiedy mróz nas w szponach trzyma, 
Kiedy w powietrzu mozaiki wirują 
Śnieżnych płatków, ziemię czarując, 
Kiedy w oknach świece świąteczne, 
Ja, bard, wędruję po świecie. 
Dziś mym celem Gracedown zacne, 
Wiec swą piosnkę śpiewać zacznę. 
Kto z was zechce, niechaj słucha, 
Gdyż nie są to historie pastucha, 
Lecz Dúlindira, podróżnika-Barda. 
Choć pogoda bywa harda, 
Choć warunki nieprzyjazne, 
Nic mi nie jest dosyć straszne. 
Zwiedzam różne najdalsze kraje, 
Poznaję ludzi najdziwniejsze obyczaje. 
I potwory także widuję, 
Przed nimi młode dziewoje ratuję. 
Wielu rycerzom wypełnić pomogłem
Zobowiązania dokładnie tak, jak tylko mogłem. 
Z kostuchą wiele razy igrałem, 
W chowanego i kotka-i-myszkę z nią grałem. 
Lecz wierzę, iż kiedy nadejdzie mój czas, 
O mnie nie zapomni nikt z was! 
Widziałem morza błękitne niebiańsko, 
Na nich wysepki rozrzucone bezpańsko. 
Widziałem też wysokie, zielone góry 
Najstarsze, odwieczne Córki Natury. 
Wulkany ogniem pluły w stronę moją, 
Złość okrutną kierując we mnie swoją. 
We mgle nigdy nie zbłądziłem, 
(Tak przynajmniej sam sądziłem!). 
Wieczna tułaczka, podróżowanie, 
Wolna wędrówka - moje powołanie. 
Wszystkimi moimi wrażeniami
Z całego serca pragnę podzielić się z wami. 
O skarby, pieniądze nigdy nie dbałem, 
Choć często korzonki zjadać musiałem, 
Choć w najparszywszych warunkach nocowałem, 
Z własnej woli otrzymałem życie, jakie chciałem ... 

     W tym momencie urwałem, gdyż jakiś dzieciak trafił śnieżką prosto w moją twarz. Co prawda podbiegł, przeprosił i wrzucił mi jakąś monetę, lecz nie nie poprawił mi tym humoru. Zrobiło mi się jeszcze bardziej zimno. "Chyba wystarczy na dzisiaj, tu i tak nikt nie chodzi", pomyślałem. Pozbierałem swoje rzeczy, a niewielką sumkę zebraną podczas śpiewania wrzuciłem do sakiewki. Otuliłem się szczelniej płaszczem i ruszyłem powolnym krokiem przez piękne uliczki. Z mijanego przeze mnie kościoła dochodziły różne świąteczne pieśni, które brzmiały całkiem milo. Tu, na południu, nie czczono Gwiazdy i Księżyca, ani Słońca. Mieli tu swoich bogów. Nie znałem wszystkich, gdyż byłem w tych okolicach po raz pierwszy, jednak tabliczka na budowli głosiła, iż był to Kościół Opieki bogini Nayhe - kimkolwiek owa bogini była. O ile orientowałem się w czasie, dziś właśnie była Wigilia Dnia Złączenia - święto upamiętniające złączenie się dusz Księżyca i Gwiazdy. Najważniejsze święto roku. Wtedy wieczorem cała wioska zasiada do stołu, na którym znajduje się siedem uroczystych potraw, które symbolizują Upadek Siedmiu Promieni. Wręczamy sobie prezenty. Jedyny dzień w roku, w którym cała wioska, cały nasz szczep solidaryzuje się. Radujemy się. Jak przez mgłę przypomniałem sobie ostatnie Święto Dnia Złączenia. Siedziałem sam wśród osób, które były mi obojętne. Mój ojciec siedział na drugim końcu stołu, pokłóciliśmy się. Gdybym wtedy wiedział, iż były to nasze ostatnie wspólne święta, przeprosiłbym go...
     Wstrząsnął mną dreszcz zimna, więc przyspieszyłem kroku. "Ech, tegoroczne Święto nie będzie zbyt radosne ..." pomyślałem czując, jak lekka jest sakiewka. Wyciągnąłem ją i wysypałem monety na ręce. Przeliczyłem je. Zauważyłem, iż wystarczy tylko na nocleg w jakiejś gorszej karczmie i może na pół bochenka chleba.Westchnąłem. 
     Wszedłem do pierwszej z brzegu oberży, wyglądającej niezbyt schludnie i cuchnącej cebula i czosnkiem. Było w niej zaledwie paru pijaczków o nalanych, czerwonych twarzach. Sądząc po zapachu, musieli pić najgorszego sikacza, w dodatku zapewne "chrzczonego" wodą. Podszedłem do lady i czekałem, aż karczmarz wyjdzie z zaplecza. Kiedy w końcu wyszedł, musiałem mocno kontrolować mięśnie twarzy, aby nie dać po sobie poznać, jak bardzo bawi mnie jego wygląd. Był niski, sięgał mi zaledwie do piersi. Figura przypominała dorodną gruszkę - w miarę szczupła klatka piersiowa zwieńczona była bardzo otłuszczonymi pośladkami i nogami. Włosy, których zbyt wiele nie miał już na głowie, były koloru siana. Twarz... przypominała ryjek bobra. Długie, wystające zęby, wciąż poruszające się, jakby non stop łamały chrust, do tego maleńkie, czarne oczka i zarost rosnący na niemal całej twarzy. Nie nie wspominając o wielkim, kontrastującym czerwonym nosie przypominającym ogromną malinę. 
      - Czego jaśnie paniczowi potrzeba? - Zapytał uniżonym tonem. Miał wręcz kobiecy głos, co śmieszyło mnie jeszcze bardziej. 
      - Czy macie tu jakąś wolną izdebkę, nawet najmniejszą? 
      - O tak, panie, mamy - wypiszczał. - Ale dzisiej świnta się zaczynają, więc po dwakroć płatne. 
      - Jakie święta? - Spytałem z zainteresowaniem, gdyż lubiłem poznawać religie innych krajów. Fascynowały mnie, choć wszystkie wydawały się nieprawdopodobne. 
      - O, panie - wrzasnął, przekrzykując zataczającego się, śpiewającego pijaka, który właśnie podszedł do lady... po czym upadł pod nią, wymiotując sobie pod nogi. Już nie nie wstał. - Dzisiej świnta bogini Nayhe, niechaj mi pobłogosławi! Wszyscy w kościołach, po kościołach do domciu, a w domciu ucztujo... toś pan nietutejszy, prawda?
      - Owszem, przybywam z północy, jestem bardem. Ile kosztuje najtańsza izba? 
     Małe, czarne oczka zaświeciły się chciwością. 
      - Trzy złote monety, dwadzieścia srebrzaków i pinć miedziaków. 
      - Co?! - Wykrzyknąłem. - Zdzierstwo!!! - Nachyliłem się do karczmarza. - Pani Nayhe nie lubi chciwych, o, nie...
     Mężczyzna pobladł. - Och, nie! Proszę... - zaczął mamrotać jakieś słowa modlitwy do bogini. - Słuchajcie no, panie - zwrócił się do mnie po chwili. - Miejcie na względzie moje ubóstwo! Ledwo tę chałupinę, zwaną karczmą prowadzę... żonka mi pomaga, dziatek mam dziwińć... Cobyś się nie dziwił, panie, że taką cenę podałem... jeszcze świnta... trza coś dzieciakom do gara włożyć...
     Wysypałem na ladę połowę zawartości sakiewki.
      - To za najmniejszy pokój.
     Wyciągnąłem jedyną złotą monetę, jaką miałem. - To za strawę. Przygotujcie mi chociaż miseczkę polewki, dajcie z pół bochenka chleba i czysta wodę, źródlaną, najlepiej dzban.
      - Może winka? - Zapytał przymilnie, zgarniając szybko monety i chowając je do kieszeni.
     Pokręciłem głową. - Nie piję.
      - Za mną, prosim, prosim - wysapał człowieczek, wychodząc zza lady i podążając w stronę byle jak pozbijanych desek, mających służyć za drzwi. Wszedłem za nim po schodach. Ostatnie drzwi na końcu korytarza należały do ​​pokoju, w którym miałem nocować.
      - Nie jest to, prawda, raj - marudził gospodarz. - Ale poczekajcie, ino przyniosę wam polewki, chleba i wody. Poczujecie się jak w domu!
      - Nie sądzę - mruknąłem, rozglądając się po ponurym pokoju. Ściany były zakopcone, na ziemi leżała warstwa brudu tak lepka, iż buty przylepiały się do niej, gdy po niej chodziłem. "Muszę pamiętać, aby nie chodzić tu boso", pomyślałem. Poszarpana firana niezidentyfikowanego koloru zwisała smętnie z okna, które ledwo się domykało i nie otwierało się prawdopodobnie tylko dzięki wielkiej, brzydkiej donicy z gliny z jakimś na wpół uschniętym kwiatem, która stała na parapecie. Za łóżko robił siennik, na którym leżały dwie szmaty - pościel i koc - które niemożebnie cuchnęły fekaliami. O poduszce zapewne nawet nikt tu nie nie słyszał, gdyż nie nie mogłem jej znaleźć, zresztą patrząc na stan koca i pościeli nie chciałbym na niej spać. W kącie stała popsuta szafa z wyrwanymi jednymi drzwiami, na drugich wisiało lustro tak brudne, jak ściany. W pierwszym momencie nawet nie nie domyśliłem się, że to lustro. Naprzeciwko szafy stał niewielki stolik ze świecą w kandelabrze. Krzesło miało połamaną jedną nogę, lecz fakt ten ukryto, mocując ją do innego, grubszego patyka. Spod siennika wybiegł szczur i skrył się pod szafą. W tym samym momencie otworzyły się drzwi i karczmarz wszedł, niosąc miskę z parującą substancją, która pachniała znośnie, bochenkiem chleba pod pachą i dzbanem wody. Z kieszeni wyciągnął także miedziany kubek. Rzeczy te postawił na stole i życząc mi smacznego wyszedł, zostawiając mnie samego.
     Polewką okazała się zupa z ukiszonej kapusty, z paroma pływającymi w niej skwarkami. Co prawda zbyt tłusta nie była, lecz lepsze to, niż nic. Bochen okazał się trochę twardy, ale maczałem skrawki w polewce, aby rozmiękł. Miedziany kubek był z kolei niedomyty, na szczęście woda czysta. Zanim jednak przystąpiłem do jedzenia, odmówiłem krótką, świąteczna modlitwę. W trakcie tejże modlitwy wpadłem na pomysł nowego wiersza, przeznaczonego prędzej dla dzieci i mniej inteligentnych słuchaczy, z racji prostoty rymów i jego długości. Niespiesznie zjadłem posiłek, układając w głowie rymy.

Gdy Księżyc i Gwiazda na niebiosach się spotkają, 
Oczy wiernych wiecznym pięknem upajają. 
Gwiazda w biel Księżyca przyodziana 
Nie znika z Niebios nawet z rana. 
Ani mordercze moce Promieni Słonecznych
Nie zmącą Gwiazdy i Księżyca kroków tanecznych 
Na granacie nieboskłonu, 
Nie odmówią im pokłonu! 

     Odłożyłem miskę i łyżkę na bok, po czym kawałkiem drewna, leżącym przy okaleczonej szafie, ściągnąłem brudne szmaty z siennika. Sięgnąłem po swój tobołek i położyłem go w miejscu, w którym winna znajdować się poduszka. Westchnąłem w duchu, uświadamiając sobie, że będę zmuszony przykryć się płaszczem. Siennik w dodatku był tuż pod oknem, od którego niemożebnie ciągnęło chłodem. Zamknąłem drzwi na zasuwkę. Położyłem się na sienniku, szczelnie otulając się płaszczem i zamknąłem oczy. "Naprawdę chciałbym znaleźć się w świeżej, czystej pościeli, w wygodnym łóżku...", pomyślałem tuż przed zaśnięciem. 
      W środku nocy wybudziłem się. Zdawało mi się, że ktoś mnie obserwuje, lecz zamykałem drzwi, a pokój znajdował się na piętrze, więc nikt nie mógł zaglądać przez okno. Usiadłem, nagle czując, jak bardzo zesztywniałem z zimna przez sen. Płaszcz leżał na ziemi, musiałem go zrzucić w trakcie snu. Przeklinając pod nosem sięgnąłem po niego. Usłyszałem dziwne warczenie, coś w rodzaju agresywnego pisku i szurania. Zmrużyłem oczy, wytężając wzrok w ciemnościach. Wiatr szumiał w okiennicy, raz po raz trzaskając nią o ramę. Usłyszałem dźwięk ponownie, lecz do tego doszedł dziwny, cichy huk uderzenia czymś lekkim o miskę. Odczekałem parę sekund, aby wzrok przyzwyczaił się do ciemności i dostrzegłem sprawcę hałasu - to szczur, właśnie dobierał się do resztek polewki na dnie miedzianej miski.
     Uspokojony ponownie otuliłem się płaszczem, próbując zasnąć, lecz po chwili poczułem mrowienie na karku. Byłem już tego pewien - ktoś mnie obserwuje. Poderwałem się z posłania. Rozejrzałem się, lecz prócz szczura na stole nie widziałem nikogo. Wyraźnie jednak wyczuwałem czyjąś obecność, impulsy płynące od jakiejś istoty. Bardzo powoli i ostrożnie sięgnąłem do cholewy buta, gdzie ukryty miałem sztylet.
      - Pokaż się - powiedziałem półgłosem. Zero odzewu.
     Impulsy ustały. Wiedziałem, że już jestem sam, lecz mimo tego, resztę nocy przesiedziałem na sienniku, będąc w gotowości.
     Rzeczą, która denerwowała mnie najbardziej, był fakt, iż nie nie potrafiłem rozpoznać tego, co mnie obserwowało. Impulsów było wiele, lecz były zbyt krótkie, aby przeanalizować je, no i po chwili ustały.
     Kiedy świt próbował przedrzeć się krwawymi promieniami przez brudną szybę mojego okna, wstałem z posłania, prostując sztywne kości. Dopiłem resztę wody i zniosłem naczynia na dół, do karczmy. Czekając na oberżystę, rozglądnąłem się po sali, lecz było zbyt wcześnie, aby były tu tłumy. Ujrzałem jedynie jakiegoś pijaczka z załzawionymi oczami, modlącego się do pustego dzbana po piwie, oraz jakąś ciemną masę w kącie sali. Nie chciałem długo się przyglądać, lecz zauważyłem, że jest to kobieta opatulona w gruby płaszcz i szmaty związane na głowie, chyba jakąś chustą. Pochylała się nad stołem, wbijając wzrok w blat. Obojętnie odwróciłem wzrok, gdyż gospodarz wyszedł ze spiżarni.
      - Witam mości barda! - Wykrzyknął na mój widok. - Jak się spało?
      - Wspaniale - mruknąłem sarkastycznie, jednak mężczyzna chyba nie nie pojął, iż to ironia, ponieważ rozradował się. Rzuciłem na ladę trzy srebrne monety. - Trzymaj się i podaj mi kawę.
      - Ka ... Co? - Zapytał, szczerze zdumiony. Westchnąłem. Zapomniałem, że ludzie są okropnie zacofani i tylko nieliczni poznali takie dobrodziejstwo, jak kawa.
      - Nic już - sprzątnąłem mu monety sprzed nosa, rzucając dwa miedziaki.- Wodę, byle czystą, bo jeśli podasz mi jakieś szczyny z koryta, osobiście dopilnuję, abyś wytaplał się dziś ze świniami i żarł razem z nimi swoje własne buty.
     Wyraźnie przerażony karczmarz zaśmiał się nerwowo swoim kobiecym głosikiem i wybiegł do jakiegoś pomieszczenia, mamrocząc pod nosem słowa uniżenia.
     Usiadłem w jednym z kątów, z którego miałem dobry widok na całą salę. Po chwili zobaczyłem, iż kobieta opatulona szalem wstała ze swojego miejsca i powoli skierowała kroki w moją stronę. Instynktownie sięgnąłem do pasa, gdzie przymocowany miałem sztylet. Usiadła obok mnie i odchyliła szal, pokazując twarz i uwalniając włosy, które opadły jej w falach na piersi. Uśmiechnęła się, moje serce stanęło na ułamek sekundy...
      - Witaj, Dúlindirze... szukałam cię - odezwała się swoim nieśmiałym głosem.
     Spojrzałem na nią i wszystko, co tak mozolnie budowałem, runęło w jednej chwili. Ujrzałem jej drobną sylwetkę, jej falowane włosy kolorem przypominające błyszczący kasztan, ledwo wyjęty z łupinki, jej pistacjowe oczy obramowane czarnymi, podkręconymi rzęsami, niewielkie, choć pełne różowe usta, proszące jakby o pocałunek. Zawstydziłem się. Chciałem jednocześnie przekląć ją, przegonić, lecz także wziąć w ramiona.
      - Leno ... - kiedy wymówiłem jej imię, rumieńce wypłynęły na jej policzki. - Po cóż mnie szukałaś? I jak mnie odnalazłaś?
      - Och, mój drogi przyjacielu, czy sto ważne? - Delikatnie ujęła moja rękę w swoje drobne, lodowate dłonie. Ich dotyk przywrócił mi zdolność racjonalnego myślenia.
      - Leno - powtórzyłem z naciskiem. - Wiem, kim jesteś.
      - To dobrze, że mnie poznałeś - uśmiechnęła się lekko, na widok czego moje serce ponownie stanęło.
      - Ale ... nie, nie rozumiesz mnie. Wiem, że jesteś wampirzycą energetyczną.
     Dziewczyna spojrzała ze szczerym zdumieniem we wzroku.
      - S-słucham? Kim? Widzisz, abym miała kły, abym nie nie odbijała się w lustrze?
      - Ale ...
      - Dúlindirze, nie wiedziałam, że dorosły mężczyzna, elf w dodatku, może wierzyć w bajki o wampirach... Może od razu jestem owłosionym, dzikim wilkołakiem? - Roześmiała się w głos. Do stolika podszedł karczmarz, przynosząc mi dzban wody i miedziany kubek, który wcześniej postawiłem na blacie. Uśmiechnął się lubieżnie, znacząco spoglądając na Lenę. Odprawiłem go ruchem reki. Mamrocząc z niezadowolenia podreptał z powrotem za ladę i zajął się polerowaniem jakichś brudnych kufli. Spojrzałem na Lenę, lecz z jej postaci wyzierała taka niewinność, iż wyśmiałem samego siebie w duchu. Bo po czym oceniałem, kim była? Po zimnych ustach?!
      - Dlaczego masz tak chłodne ciało?
      - To po mojej matce, ona zawsze była zimna, marzła nawet w środku lata. Chyba coś z krążeniem krwi.
      - Właśnie... pewien wieśniak w tamtej karczmie powiedział mi, że jesteś córką dawnych szlachciców, którzy zresztą chcieli sprzedać cię na targu jako niewolnicę... wybacz, że poruszam ten temat, który zapewne jest dla ciebie bolesny, ale... opowiesz mi o tym?
     W jej pistacjowych oczach rozbłysł smutek, na twarzy ukazała się powaga i pewien rodzaj zaciętości.
      - Mój ród dawniej był poważany poprzez powiązania z rodziną królewską, lecz kiedy mój dziad wyjechał na wojnę Złotej Ryby...
      - Wybacz, że ci przerwę, moja pani, ale czy Wojna Złotej Ryby nie dotyczyła Orientu?
      - Tak, dotyczyła. Pochodzę z państwa graniczącego z Orientem.
      - To tłumaczyłoby twoją drobną posturę i delikatnie skośne oczy... - opuszkami palców dotknąłem jej policzka, po chwili cofając rękę, jakbym zrobił coś zakazanego. Róż wypłynął na jej twarz.
      - Gdy dziadek wyjechał wraz z większością służby, pozostawił w domu jedynie babcię i mojego ojca, który leżał jeszcze w kołysce. Z babcią pozostał tylko ochmistrz i mamka. Nikt jednak nie nie przewidział, że dzikie hordy barbarzyńców, które w tamtych stronach są liczne, napadną ich dwór. Ochmistrz zdradził. Pewnego dnia poinformował jedną z band o tym, że dwór pozostał bez ochrony. Kiedy dziad powrócił po paru dniach, odesłany przez króla - był jednym z ważniejszych generałów, a ponieważ został ranny, królowi bardzo zależało, aby szybko powrócił do zdrowia - ujrzał splądrowany dwór. Wyłamane drzwi i okiennice, wszelkie bogate zdobienia, wszystkie cenne rzeczy - wraz z naczyniami, dasz wiarę? - zostały zgrabione. W salonie znalazł martwe ciało swej ukochanej, noszące ślady wielu gwałtów, zarówno za życia, jak i już po śmierci, tak bardzo zdeformowane od obrażeń, że ledwo ja rozpoznał. W pokoiku obok leżała mamka w podobnym stanie. W łóżeczku, pod stertą brudnych szmat leżał mój ojciec. Chyba chcieli go udusić, lecz zajęto się mamką i zapomniano o niemowlęciu leżącym pod szmatami. Zostali bez majątku, dziadek i ojciec. Dziadek zwolnił się ze służby u króla, musiał podjąć się opieki nad dzieckiem i dorywczej pracy. Z czasem coraz bardziej obwiniał niewinne dziecko o śmierć swojej ukochanej żony. Przelewał nań nienawiść, złość, często go dręczył, aż w końcu ojciec go zabił. Miał wtedy może siedem lat... - odwróciła wzrok. - Dręczenie jednak nie pozostało bez śladu. Wyrósł na tyrana. Dla mojej matki, która jest człowiekiem tego samego pokroju,był łagodniejszy, niż dla mnie. Oboje, nieudacznicy, nie mieli pieniędzy na trunki, którymi zalewali się od rana do wieczora... sześcioro dzieci, same córki, trzeba było wyżywić. Ojciec nienawidził nas za to, że jesteśmy dziewczętami. Bliźniaczki, Lara i Nelly, najmłodsze, zmarły w wieku dwóch lat na jakąś chorobę. Kolejna, Nathaly, została pobita na śmierć przez ojca, kiedy miała zaledwie pięć lat, tylko dlatego, iż urodziła się ułomna. Zamknięta w sobie dziewięcioletnia Lorienna uciekła z domu. Ojciec i matka szybko to zauważyli, zaczęli ja gonić. Ukryła się na występie skalnym nad przepaścią nad morzem, lecz skała odłamała się i Lorienna spadła do wody... Zostałam wtedy tylko ja, wówczas czternastoletnia, oraz Nercy, moja jedenastoletnia siostra. Ja byłam najbardziej bita, ale jednocześnie najbardziej pomocna, Nercy od zawsze była słaba. Ojciec postanowił sprzedać mnie na targu niewolnic... Więc nie wiem, co dzieje się z Nercy. - Łzy zalśniły w jej oczach zanim zasłoniła twarz. Objąłem ja delikatnie ramieniem. W mojej duszy narastało współczucie dla tej szesnastoletniej dziewczyny, która tak wiele przeszła. Wtuliła się we mnie i rozpłakała, ja odczuwałem niewypowiedziany żal, choć przecież tak naprawdę mało co mogło mnie wzruszyć. Chciałem ją pocieszyć, dawać jej radość, nadzieję na lepsze życie... lecz nie nie mogłem, byłem bardem. W tym samym momencie Lena uniosła zapłakaną twarz i zbliżyła ją do mojej... dotknęła ustami moich warg i obdarzyła mnie dziwnym, lodowatym pocałunkiem, który jednak w jakiś sposób podobał mi się. Wewnątrz siebie poczułem, jakby emocje płynęły poprzez żyły i nagle eksplodowały, zalewając moje wnętrze, uciekając przez wszelkie dostępne otwory. Poczułem się bardzo zmęczony. Lena odsunęła się ode mnie ze swoim pięknym uśmiechem, po czym położyła dłoń na moim policzku. Złapałem go i ucałowałem.
      - Leno, będę musiał wyjść za chwilę na Rynek, muszę zarobić na kolejny nocleg, inaczej nie będę mógł tu zostać. Ale zanim wyjdę... nie odpowiedziałaś mi na pytania. Skąd wiedziałaś, gdzie jestem? Co tu robisz?
     Wydawała się zaskoczona faktem, iż jestem tak dociekliwy.
      - Ja po prostu... podążałam twoim tropem, pytałam ludzi po drodze, czy cię widzieli, zawsze wskazywali mi drogę... chciałabym podróżować z tobą... może ci się przydam...
     Wpadła mi do głowy pewna myśl.
      - Więc... dobrze. Idź do mojego pokoju. Dziś przypilnujesz mojego węzełka. Mój pokój jest...
      - Wiem, gdzie - powiedziała szybko, po czym wstała i wyszła z sali, rzucając mi spojrzenie przez ramię. Podniosłem niewielki instrument klawiszowy, który wcześniej przyniosłem z pokoju i postawiłem pod stołem. Wyszedłem z karczmy, kierując się w stronę rynku. W nocy napadało śniegu tak, że teraz sięgał mi do połowy łydek.
     Po całym dniu spędzonym na śpiewaniu i graniu na mrozie, zarobiłem tylko o parę monet więcej, niż wczoraj. Wróciłem do karczmy. Po drodze snułem przemyślenia i plany dotyczące Leny. Bez wątpienia kochałem ją. Kochałem każdą cząstkę tej kruchej istotki z pięknymi oczami. Cała była piękna. Wielokrotnie o niej śniłem. Zawróciła mi w głowie... kiedy już o niej zapomniałem, kiedy już powracała tylko w snach, ona... znalazła mnie. Obdarzyła mnie kolejnym pocałunkiem.
     Wiedziałem, co mam robić.
     Zawołałem Bobra, jak nazywałem w myślach karczmarza. Odliczyłem kwotę należną za kolejną noc. Chciałem także poprosić o jakiś ziołowy napar, lecz karczmarz z zakłopotaniem wyjaśnił, że nie ma takowego. Wobec tego poprosiłem o zwykłą, czystą wodę. Zamówiłem także gorący posiłek, polewkę taką samą, jak wczoraj. Zjadłem to, siedząc przy barze, lecz dzban z wodą i dwa miedziane kubki zaniosłem do pokoju.
     Wchodząc do pokoju w półmroku zauważyłem Lenę siedzącą na sienniku, ubraną w jakąś cienką, jedwabną koszulę nocną w białym kolorze. Zastanowiło mnie to, gdyż w pokoju panował ziąb niewiele mniejszy, niż na zewnątrz, a podobno Lena ciągle marzła...
      - Witaj, Dúlindirze... - powitała mnie ciepłym głosem. Fala czułości zalała moje serce, co jeszcze bardziej mnie zawstydziło. Postawiłem dzban na stole, nie wiedząc, co robić.
      - Leno, dziękuję, że pilnowałaś moich rzeczy, możesz już odejść.
      - Ale... - dolna warga zadrżała jej, jakby miała się rozpłakać. - Boję się spać sama...
     Przymknąłem oczy. Przecież nie mogliśmy oboje spać na tym sienniku. Podszedłem do niej i okryłem ją własnym płaszczem, wzdrygając się z zimna.
      - Dobrze więc. Będziesz spała na sienniku, a ja posiedzę na krześle przez noc.
      - Nie! Przecież mówię, że boję się spać sama... połóż się obok mnie - poprosiła. Serce zabiło mi mocniej. Szybko spełniłem jej prośbę. Siennik był dość wąski. Obróciłem się do niej plecami, aby mieć drzwi na oku, kiedy nagle poczułem chłodne rączki splatające się na mojej klatce piersiowej.
      - Co ty robisz?! - Spytałem, zdumiony.
      - Przytulam cię, mój bardzie! - Roześmiała się Lena. Kiedy odwróciłem się w jej stronę, odpychając jej dłonie, ona znów mnie pocałowała. Wyraźnie poczułem uciekające ze mnie emocje, uczucia... poczułem się pusty i bezsilny. Z najwyższą trudnością oderwałem się od jej miękkich ust. - Czyżby ci się nie podobało, Dúlindirze?
      - Podobało - wyszeptałem, z trudem łapiąc oddech. - Ale tak nie wolno. Nie chcę naruszyć twojej czci.
      - Ach, więc to ja ci się nie podobam? - Zapytała mrożącym krew w żyłach tonem.
      - Wręcz przeciwnie - uśmiechnąłem się, głaszcząc jej policzek. - Nie jesteś dla mnie. Jesteś zbyt dobra.
     Posmutniała. Widziałem ból w jej oczach, który przelał się także we mnie. Odczułem złość na siebie, smutek, bolało mnie, że ją ranię... chciałem ją chronić... wtedy dotknęła moich ust ponownie, a moje emocje znów... wypłynęły. Wiedziałem, że mnie niszczy. Czułem, jak wysysa moją życiową energię. Postanowiłem więc wcielić swój plan w życie.
      - Kocham cię, Leno - powiedziałem, spoglądając prosto w jej łakome, zielone oczy, jaśniejące z każdą astralną kroplą mej energii. Po chwili pojawiło się w nich przerażenie.

     Spoczywałem w jej chłodnych ramionach. Wtulałem twarz w jej obojczyki, głaskałem te piękne, brązowe włosy. Pistacjowe oczy spoglądały w pustkę pod sufitem, a ciepła ciecz wylewająca się z jej przebitych piersi grzała mnie w tę smutną, zimową noc. Ciekawiło mnie, jakim sposobem tak chłodne ciało może mieć tak ciepłą krew. Tak, czułem, że odnalazłem dom. Odnalazłem dom w ramionach tej cudownej istoty, z którą było dane mi żyć. Spoglądałem na jej martwe, blednące usta. Wyglądały jak przygasający, różowy płomień. Ciemność zbudziła się wokół mnie. Czułem, jak cienie pochłaniają moją duszę, była im zapisana już dawno. Dziś, wraz ze śmiercią Leny, uśmierciłem kawałek swojego serca. Miałem nadzieję jednak, że szybko o niej zapomnę, bardowie nie mogą być tak wrażliwi na żywot innych.
     Wyskoczyłem przez okno, mimo, iż odległość do ziemi była spora. Trzymałem ją na rękach, była drobniutka, ważyła tyle, co piórko. Odkryłem coś dziwnego. Jej krew nie miała zapachu. Nie czułem tej charakterystycznej woni żelaza i soli, nie czułem zapachu powoli gnijącej cieczy, z kolei sama konsystencja krwi była gęsta, lepka niczym kisiel. Śnieg spadający na jej oblicze nie topniał. Miałem nadzieję, iż płatki roztopią moją winę. Chciałem dobrze.
     Wrzuciłem ją do wpół zamarzniętego jeziora. Wkoło panowała cisza, spokój. Usiadłem na krawędzi lodu. Śnieg przestał padać, chmury odsłoniły niebo, z którego Księżyc blado wskazywał krwawe plamy nieopodal mnie. Gwiazdy migotały zachęcająco. Dołącz, dołącz do wybranki, mówiły. Och, jakże mnie kusiło, aby skoczyć w czarną toń wody. Zimno ogarnęłoby moje ciało, płuca rozrywałyby się na kawałeczki przez wszechobecną wodę, a ja utonąłbym, dołączając do niej... a może dołączyłbym do Raonulla?
     Powstałem, kręcąc głową. Jak mogłem być taki głupi? Musiałem podróżować dalej. Na tym polega mój zawód, bard nie może roztkliwiać się nad swoją ofiarą. Lena tak naprawdę chciała mnie wykorzystać. Okłamała mnie - zresztą, czy tylko mnie? - w sprawie rodziny. Zniszczyłaby mnie. Przekonywałem samego siebie, że to było jedyne rozsądne wyjście. Ha, może nawet napiszę o tym pieśń? Gawiedź będzie zachwycona, uwielbiają dramaty, szczególnie te głupie ludzkie kobiety. W ten sposób także uczczę pamięć Leny.
     Zapomnę. Wiem to. Jedyne, o czym nie zapomnę, to biel jedwabiu, na którym pojawiały się coraz szersze plamy rubinowej krwi.

     W oddali rozbrzmiewał dźwięk dzwoneczków doczepionych do sań ciągniętych w tych okolicach przez konie. Przypomniałem sobie, jak kiedy byłem młodszy, jechałem w podobnych saniach, lecz w mojej wiosce zamiast koni hodowano renifery. Zimowy wiatr smagał moje łydki, a śnieg wsypywał się pod kaptur, nieprzyjemnie chłodząc moją szyję. Brnąłem w śniegu bez określonego celu. Pieniądze skończyły się już jakiś czas temu, lecz skoro słyszałem sanie, to nieopodal musiała być jakaś osada.
     Wbrew moim przewidywaniom, śmierć Leny dotknęła mnie nieznacznie. Ot, kolejna ofiara, kolejny wróg zmieciony z powierzchni tej planety. Czyż można kochać i nienawidzić jednocześnie? Można, czego dowodem było moje uczucie do pasożytniczej wampirzycy.

W odległej krainie spoczywa ona, 
Moja nieżywa niedoszła żona. 
Jej oblicze, zniebieściałe, 
Pochłonęło jezioro całe. 
Poniżej tafli widzę jej ciało, 
Tak pięknych dziewcząt na świecie jest mało. 
Teraz ostała się już jedna mniej, 
Za sprawą bezlitosnej ręki mej, 
Mego sztyletu ostrza srebrnego, 
Wbitego po brzegi serca czerwonego. 

środa, 16 lipca 2014

09. Dúlindir, czyli gdyby Nemo była bardem... cz. 2

     Siedziałem w starej, mrocznej bibliotece. Świeca powoli wypalała się, pod powiekami zaś czułem piasek, spędziłem tu całą noc na bezowocnych poszukiwaniach. Najciemniejsza pora doby, tuż przed świtem, a ja wciąż przeglądałem stare księgi i pergaminy. W moich myślach co chwilę pojawiała się Lena, dziewczyna, którą poznałem przed paroma miesiącami.
     Pamiętam, jak pożegnała mnie ucałowaniem moich warg. To było przed tym, jak zabiłem tego szlachcica, Devoilage'a. Szczupła dziewczyna, z pistacjowymi oczami i włosami niczym mleczna czekolada... Tak, z nią mógłbym spędzić życie. Dla niej porzuciłbym swoje wędrowne zwyczaje. Mógłbym śpiewać jej pieśni, tworzyć dla niej wiersze. Mimo, iż nie znoszę dzieci, mógłbym z nią spłodzić gromadkę! Jedynym problemem był fakt, że nie wiem, kim, a raczej czym ona jest, lecz z pewnością nie tym, z kim chciałbym obcować.
     Jej wargi były trupio zimne. Nie, nie była duchem, gdyż duchy nie są tak materialne. Nie mogła być także demonem, tę możliwość całkowicie odrzuciłem. Upiór? Nie, pochodzę z plemienia, w którym większość szkoli się na Czarnych Magów, mnie także szkolono, lecz szybko porzuciłem te nauki. Zdążyłem jednak nauczyć się wszelkich rodzajów demonów, upiorów, nieumarłych, których przyzywają nekromanci z mojego plemienia.
     Całą noc szukałem jakiegoś tropu, najmniejszego strzępku informacji na temat istot, jaką mogłaby być. Wstyd się przyznać, ale... serce mi krwawiło, gdy musiałem sam sobie zakazać nasilającego się uczucia do dziewczyny. Chciałbym móc oddać moją długowieczność w zamian za choć jeden dzień spędzony w jej objęciach, lecz wiedziałem, że nie mogę. Sam siebie beształem w myślach. W końcu jestem bardem, skrytobójcą, mojego serca nie może zmącić myśl o dziewczynie przypadkowo poznanej w jakiejś zapyziałej karczmie!
     Noc chyliła się ku upadkowi. Biblioteka, w której siedziałem, znajdowała się w mej rodzimej wiosce, do której zawitałem... pierwszy raz od wielu, wielu lat. Nie chciałem tu wracać ze względu na wspomnienia, jakie wiązały się z wioską, a konkretnie wspomnienia związane z moim zmarłym przyjacielem, Raonullem, który przez swoją głupotę zmarł tragicznie, łamiąc sobie kark. Każdy zakątek, każda dróżka przywoływała w mojej pamięci obrazy, o których chciałem zapomnieć, jednocześnie pragnąc, by przetrwały.
     Zamknąłem ostatnią księgę. Kurz z jej okładki wzbił się w górę, zostawiając charakterystyczną, wiekową woń. To na nic. Nie znajdę nic w tej bibliotece. Odłożyłem księgi i pergaminy na miejsce. Zdmuchnąłem świeczkę, która i tak prawie wypaliła się, po czym wyszedłem z biblioteki, zamykając ją na klucz, ten zaś ukryłem w skrytce między deskami na ganku budynku. Myślę, że stary Alcoral, bibliotekarz, odnajdzie go. W końcu sam  wskazał mi tę skrytkę.
     Skierowałem kroki ku mojemu dawnemu domostwu. Uboga chatka, zbudowana z kamienia, na której dach składały się drewniane bele zaścielone sianem i mchem, była pomalowana na wyblakły już zielony kolor. Pamiętam dzień, w którym ją opuściłem. Było to kilka lat po śmierci Raonulla. Mój ojciec konał. Matka zmarła w połogu, wychowywał mnie właśnie on. Sprawiałem mu wiele kłopotów, bo choć byłem spokojny, niejeden raz biłem się z innymi mrocznymi elfami. Na łożu śmierci poprosił mnie o to, bym zwilżył mu wargi jego ulubionym naparem z ziół. Wykonałem jego polecenie i przyklęknąłem przy nim, płacząc. Chciałem przeprosić go za ból, jaki mu sprawiałem, lecz my, dumne mroczne elfy, mamy problem z przeproszeniem kogoś. Pochyliłem głowę, a on położył mi dłoń na głowie. Chyba zrozumiał. Spojrzałem w jego brązowe oczy, które były idealnym odbiciem moich. Chciał coś powiedzieć. Otworzył nawet usta, lecz wydobył się z nich tylko niezrozumiały charkot. Parę sekund później jego dusza opuściła ciało. Po pogrzebie zabrałem najbardziej przydatne mi rzeczy i opuściłem wioskę o zmierzchu. Ciężkie chmury oblewały mnie deszczem wymieszanym z pierwszymi płatkami śniegu. Wtedy postanowiłem nie wracać.
     Musiałem jednak złamać własne postanowienie, gdyż wiedziałem, że moja wioska jest jedynym miejscem na świecie, w jakim mogę dowiedzieć się czegoś na temat Leny. Przypomniało mi się, że przez krótki okres czasu, gdy miałem stać się Czarnym Magiem, nauczał mnie Ildruin, mędrzec pamiętający jeszcze czasy sprzed Wojny Między Rasami. Był bardzo stary, jak i bardzo mądry.
     Odnalazłem jego chatę. Chociaż... chata to złe słowo na określenie jego domostwa. Średniej wielkości dom z zielonej cegły, dachówki w podobnym, choć o ton ciemniejszym kolorze. Gotyckie, strzeliste okna miały mroczny, butelkowy odcień. Zauważyłem, iż miast zwykłych szyb, w oknach miał witraże. Drzwi z ciężkiego drewna, jako jedyne odcinały się od wszechobecnej zieleni, były ciemnobrązowe. Z komina wydobywał się dym. To dobry znak. Podszedłem bliżej i zastukałem w drzwi kołatką, oczywiście zieloną. Miała ciekawy wzór - przypominała czaszkę, a część, którą się puka, była żuchwa. Zabawna. Mógłbym kiedyś wymyślić taką zabawkę z ludzkich czaszek i sprzedawać na targach...
      - Kogóż niesie? - Usłyszałem zza drzwi starczy, zaspany głos. Drzwi otworzyły się.
      - Pamiętasz mnie jeszcze, Ildruinie? Jestem Dúlindir - skłoniłem się. - Przybyłem do ciebie po poradę.
     Starzec zmrużył oczy, przeszywając mnie wzrokiem od stóp do głów. Domyśliłem się, iż sprawdza, czy nie jestem przebierańcem. Po chwili jego twarz rozjaśnił uśmiech i odsunął się od drzwi, wpuszczając mnie.
      - Szczęśliwa Gwiazda musiała zaprowadzić cię do mnie! Wczytałem w niebie, iż przybędziesz, lecz brałem to za moją własną omyłkę. Wszak przez parędziesiąt dobrych lat nie widziano cię tu, od kiedy zmarł twój ojciec. O cóż więc chcesz mnie zapytać?
      - To, że chcę cię o coś spytać, też wyczytałeś w gwiazdach?
      - Nie - roześmiał się mentor. - Cóż innego przyprowadziłoby cię do rodzinnej wioski, której tak nienawidzisz?
      - Może tęsknota za starym nauczycielem? - Zasugerowałem niewinnie.
     Ildruin roześmiał się jeszcze głośniej.
     Przyjrzałem mu się. Od mojego ostatniego pobytu w wiosce bardzo zmizerniał. Skurczył się w sobie, schudł, postarzał się, lecz uśmiech pozostawał wesoły jak zawsze. Sięgał mi do ramienia. Jego bystre oczy zawsze fascynowały mnie. Były metalicznie szare. Srebrne włosy, niegdyś krótkie, teraz spadały prostymi pasmami na plecy. Zapuścił brodę, lecz musiał zrobić to nie tak dawno, gdyż sięgała mu zaledwie do obojczyków. Czarne szaty wisiały na nim. Wyglądał jak mroczna, zmęczona gwiazda. Moje serce ścisnęło się. Nie wyobrażałem sobie, aby ktoś tak stary mógł kiedyś odejść. Wszak Ildruin zawsze był. Niezmiennie, wydawałoby się, jakoby był od prapoczątków świata. Starzec wyszedł z pokoju, po chwili wracając z dwoma kubkami z parującym grzanym miodem korzennym. Podał mi jeden z nich. Dostrzegł mój wzrok i uśmiechnął się smutno.
     - Tak, Dúlindirze, widzimy się prawdopodobnie ostatni raz. Jakiś czas temu moje ciało trawiła choroba. Choroba, która wyssała większość moich życiowych sił. Tylko dzięki błogosławieństwu Gwiazdy i ciężkiej pracy jej Kapłanek utrzymałem się przy życiu. Jednakże niewiele już mi go pozostało. Ty, który nie znosisz śmierci i jednocześnie ją niesiesz, nie będziesz musiał patrzeć, jak umieram. No - klasnął w dłonie, odstawiając kubek na bok. - Ale teraz zajmijmy się czymś radośniejszym! Młode elfy nie muszą słuchać zrzędzenia starucha. O cóż więc chciałeś zapytać?
     - Ildruinie... - zacząłem, wciąż wstrząśnięty jego wyznaniem. Wziąłem głęboki oddech, starając się odrzucić obrazy martwego ojca i przyjaciela sprzed oczu. - Jakiś czas temu poznałem pewną dziewczynę, Lenę.
     - Ładna? - Uśmiechnął się w ojcowski sposób.
     - Oczywiście! Pistacjowe włosy, brązowe oczy... - rozmarzyłem się, po chwili dostrzegłem zdumiony wzrok Ildruina. - To znaczy... brązowe włosy i pistacjowe oczy! - Poprawiłem się szybko. - Niewysoka, blada. Bardzo, bardzo ładna. Improwizowałem dla niej pieśń.
      - I co?
      - Nic. Odszedłem. Ale dostałem od niej prezent, gdyż uratowałem jej cnotę. Pocałunek.
     Ildruin uśmiechnął się życzliwie, lecz niezbyt zainteresowanie.
      - Ildruinie, to nie koniec. Jej usta były lodowato zimne. Jestem pewien, iż nie jest ona człowiekiem, mimo, iż na człowieka wygląda. Raczej nie jest też demonicą, w końcu trochę mnie o tym uczyłeś. Ani duchem, ani nawet upiorem. Szukałem informacji w bibliotece, lecz nic nie znalazłem.
      - Dlaczegóż ciekawi cię ta dziewczyna, skoro nie zamierzasz z nią być?
      - Ja... - zawiesiłem głos. - Sam nie wiem. Po prostu... chcę wiedzieć.
     Przez dłuższą chwilę starzec milczał, wpatrzony w okno.
      - Opisz mi wasze spotkanie, proszę.
     Zerknąłem nań z ciekawością. Z moimi poetyckimi umiejętnościami opowiedziałem mu wszystko ze szczegółami. Skoncentrowałem się głównie na wyglądzie i zachowaniu Leny, pomijając ludowe przyśpiewki kompanów, ohydne zapachy karczmy i tego typu rzeczy. Kiedy skończyłem opowiadać, Ildruin, trzymający się za podbródek wychudłymi palcami, przypominającymi szpony orła, wstał ze swojego miejsca. Założył ręce za siebie i zaczął krążyć po pokoju, zastanawiając się nad czymś. Po chwili wyszedł z pokoju, mamrocząc coś do siebie. Postanowiłem iść za nim.
     Skradałem się tuż za Ildruinem. Nie było to oczywiście trudne. Mędrzec dotarł do ostatnich drzwi po lewej stronie długiego korytarza. Były zrobione z pięknego, intensywnie brązowego drewna. Sam korytarz wyłożony był chyba drewnem, lecz na to położony był niezwykle długi, gruby dywan w perskie wzory. Oczywiście ciemnozielony, idealnie dopasowany do ścian, które miały z kolei kolor wyschniętej trawy. Cóż Ildruin ma z tym zielonym?! Będę musiał go o to spytać. Kiedy otworzył drzwi, moim oczom ukazała się biblioteczka. Cóż, może to zbyt lekkie określenie na jego księgozbiór, który był nieco mniejszy od lokalnej ogromnej biblioteki, lecz na pierwszy rzut oka można było zobaczyć, iż tych tytułów nie znajdę nigdzie. Stałem ukryty pod ścianą w cieniu firan zwisających znad okiennic. Z tego miejsca dostrzegałem układ pokoju. Był wielki, prostokątny. Dłuższe ściany biegły prostopadle do drzwi i były zastawione brązowymi półkami z księgami, książkami, książeczkami, których rozmiary były najróżniejsze - od maleńkich, mieszczących się w dłoni, do ogromnych, zajmujących całe stoły. Stały także mniejsze stoliki, zawalone mapami, pergaminami, nawet dostrzegłem lunetę i inne przedmioty, których nigdy nie widziałem na oczy - ja, wykształcony podróżnik, bard. Okiennice z grubymi, zielonymi firanami, były nieliczne. Widziałem za to sporo kandelabrów ze świecami, widać więc, iż mentor spędzał tu całe noce na studiowaniu ksiąg. Okładki także były niezwykłe. Niektóre cieniusieńkie jak papirusy, inne wyglądały na zrobione z ludzkiej skóry. Ildruin jednak szybko zamknął drzwi, więc musiałem zrezygnowany powrócić do salonu, w którym mnie uraczył. Siedziałem tam dość długi czas. Zaczynałem być już głodny, gdy powrócił gospodarz, niosąc ze sobą jedną z ksiąg. Była gruba, oprawiona w ciemnoczerwoną okładkę, a jej wierzch zdobiły czarne, gotyckie litery układające się w nieznany mi język.
      - Niechaj Gwiazda wynagrodzi ci czas zmarnowany na czekanie - powiedział na przeprosiny. - Zawieruszyła się gdzieś ta księga, miałem spory kłopot, by ją odszukać.
      - Nie szkodzi - odpowiedziałem, choć w duchu byłem lekko poirytowany.
      - Dúlindirze, powiedz mi, jak czułeś się, gdy Lena cię odrzuciła?
      - Co? - Zdziwiłem się. - Skąd to pytanie?
      - Pytam, jak się czułeś, kiedy Lena nie podała ci dłoni do ucałowania?
      - Ja... poczułem się... no... rozczarowany, pusty... - wytężyłem pamięć. - Wiem, że... opuściła mnie wtedy na chwilę pewna chęć do życia, wiem, że to głupie.
      - Czyż nie poczułeś się, jakby opadła z ciebie cała energia? - Spytał.
     Zastanowiłem się nad odpowiedzią. Owszem, poczułem się tak, lecz w przypływie weny nie zwróciłem na to uwagi.
      - Od tamtej pory... - zacząłem powoli. - Ja... obniżyła mi się samoocena. Wtedy poczułem się naprawdę źle. A kiedy mnie pocałowała... tak, radowałem się, niemożebnie. Ale jednocześnie... tak, poczułem się, jakbym nie miał energii. Na nic. Teraz to uczucie minęło, zapewne ten słynny "Czas", który leczy rany.
     Ildruin rzucił mi tajemnicze spojrzenie i przewertował karty księgi. Co chwilę coś do siebie mamrotał, gdy otworzył ją na jakimś rozdziale, zaznaczonym brunatną tasiemką.
      - Mówiłeś coś, że była zimna?
      - No... nie dotknąłem jej ręki, ale usta miała zimne. Bił też od niej chłód, może była w pomieszczeniu, w którym trzymali jakąś żywność wymagającą chłodu.
      - Nie sądzę - mruknął.
      - Ildruinie... cóż odkryłeś w jej sprawie?
     Starzec, milcząc, rzucił mi księgę na kolana i wskazał coś palcem. - Tu czytaj, synu, na głos.
      - "Kobiety te cechują się bardzo niską temperaturą ciała, jak i nadzwyczajną urodą. Bardzo ciężko odróżnić je od zwykłych kobiet. Jest w nich coś takiego, co sprawia, iż podobają się każdemu przedstawicielowi płci męskiej; niczym francuskie wile (strona 694). Są jednak o wiele groźniejsze i potężniejsze. Ich zadaniem bowiem jest wyssanie energii życiowej z ofiary. Ich działanie zazwyczaj polega na wpędzaniu ofiary w skrajne uczucia, takie jak złość, gniew, rozczarowanie, rozpacz, lecz także radość, oszołomienie. Właśnie tymi emocjami się karmią. Wampirzyce energetyczne, czy też emocjonalne, występują głównie w centralnej i północnej części kontynentu, lecz spotykane są także w Oriencie..."
     Nie miałem ochoty więcej czytać. Na stronie obok była narysowana piękna dziewczyna, na pozór zwykła ślicznotka, lecz teraz już wiedziałem, że jest ona wampirzycą energetyczną.
      - I cóż by mi groziło?
      - Och, nic, co zagrażałoby ci fizycznie - stwierdził Ildruin. - Ona najpierw grałaby niedostępną, później łaskawie zgodziłaby się być twoją, oczywiście grałaby bardzo emocjonalnie, wręcz wymuszając na tobie różne uczucia. Wpędzałaby cię w niesłuszne, lecz ogromne poczucie winy, bądź w ogromną radość, z każdymi większymi emocjami nie radziłbyś sobie, gdyż ona pozbawiałaby cię energii życiowej. A to gorsze, niż atak fizyczny. Te wampirzyce są chyba najgorszym pasożytem z wszystkich rodzajów wampirów!
     Zamyśliłem się. Czy to możliwe, żeby prześliczna Lena, która mnie pocałowała, była wampirzycą energetyczną?
      - O, nieskażona czystości! Czy dasz mi zaznać jej miłości? Czy niewolnica pokocha barda, czy jego dusza jej miłości jest warta? - Zanuciłem, przypominając sobie pieśń, jaką dla niej zaimprowizowałem. - Ha! - Prychnąłem. - Nieskażona czystości! Dobre sobie... Jak mogłem być tak ślepy, Ildruinie?!
      - Dúlindirze, nie obwiniaj siebie. Takie wampirzyce jest bardzo ciężko zidentyfikować. Poza tym są rzadkie, gdyż niewiele osób potrafi aż tak oddziaływać na innych.
      - Jestem mrocznym elfem. Przecież powinienem był od razu domyślić się, kim ona jest! Jestem żałosny! - Złapałem się za głowę, pochylając się do przodu.
      - Dúlindirze... - powtórzył starzec. - Kiedy byłem w twoim wieku, przeżyłem coś podobnego.
     Spojrzałem na mędrca zdumiony. Nigdy nie opowiadał mi nic o swojej przeszłości, oprócz jakichś ważniejszych faktów, jak walka podczas Wojny Między Rasami. Zazwyczaj był zamknięty w sobie, jak większość mrocznych elfów.
      - Była piękną leśną elfką. Wspaniale nam się rozmawiało. Oczywiście to był inne czasy, nie wystarczyło spotkać kogoś w oberży, wszystko odbywało się oficjalnie. Byliśmy zaręczeni... ona, sierota bez żadnej rodziny, nie musiała pytać nikogo o zgodę, z kolei moi dziadkowie zgodzili się.
      - Dziadkowie?
      - Tak. Byłem wychowywany przez dziadków. Matka zmarła, gdy byłem bardzo mały, zmarła podczas porodu mojego brata. On też zmarł. Z kolei ojciec załamał się tak, iż nie był w stanie opiekować się mną. Zamknięto go w specjalnym... ośrodku. To nieistotne. Wracając do opowieści... wszystko wydawało się być idealne, niczym w bajce, gdyby nie fakt, iż byłem coraz bardziej wycieńczony. W jej towarzystwie byłem niemożebnie radosny, czułem się pewny siebie, niczym król całego świata, w końcu moją miała być ona, najpiękniejsza spośród wszelkich księżniczek świata! - Westchnął, w przypływie uniesienia i wspomnień. - Lecz pomimo radości, coś nie dawało mi spokoju, odbierało chęć do życia. Któregoś dnia... stałem nad urwiskiem na Skale Zapomnienia.
      - Tej w Zatrutym Lesie, z której skacze większość samobójców?
      - Tej samej.
      - Ale... chyba nie chciałeś się zabić?! - Wykrzyknąłem.
     Ildruin uśmiechnął się smutno i pokiwał głową.
      - Wtedy przyszła ona. Elabeth. Krzyczała. Płakała. Mówiła, że myślę tylko o sobie. Poczułem się jeszcze gorzej, wyprany z wszelkiej energii. Odczuwałem jedynie przeogromny wstyd, złość na samego siebie, oraz bezbrzeżny smutek. Złapała mnie za ramię. To był nasz pierwszy kontakt fizyczny.
      - Pierwszy? Ależ byliście zaręczeni!
      - W tamtych czasach nie wypadało dotykać damy przed ślubem!
      - Rozumiem. Opowiadaj dalej, Ildruinie.
      - Zorientowałem się, iż ma bardzo zimne dłonie - kontynuował starzec. - Zwróciłem na to uwagę, mimo, iż byłem zamroczony mieszaniną uczuć i emocji. "Dlaczego masz takie zimne dłonie?", spytałem. Odpowiedziała, iż to ze stresu, lecz ja wtedy posunąłem się dalej i położyłem rękę na jej policzku i przejechałem nią do szyi, obojczyków. Krzyknęła, przerażona, bardzo przenikliwym głosem. "Jak śmiesz?!", powiedziała tonem pełnym jadu i uderzyła mnie w twarz. Lecz było za późno. Domyśliłem się. Złapałem jej delikatne, szczupłe nadgarstki w silnym uścisku i spoglądając jej w oczy spytałem wprost, dlaczego mnie oszukała. Teraz zgrywała niewinną. Zaczęła płakać, mówiąc, iż brukam jej godność, wykręcała się. Po chwili, widząc, iż to nie skutkuje, zaatakowała fizycznie. Zaczęliśmy walczyć.
     Starzec nie kontynuował. Nie mogąc pohamować ciekawości, spytałem:
      - Wygrałeś? Co się z nią stało?
     Ildruin przez chwilę nie odpowiadał. W końcu usłyszałem jego nienaturalnie opanowany głos.
      - Tak, wygrałem. Cóż się z nią stało, pytasz? Jej roztrzaskane w przepaści truchło z pewnością pożarły hieny, sepy, bądź inne stworzenia.
     Długi czas oboje milczeliśmy. Sączyłem powoli resztkę napoju, którym uraczył mnie mędrzec.
      - Dúlindirze... nie przejmuj się Leną. Jesteś jeszcze młody. Nie wiem, jaka przyszłość czeka cię w związku z uczuciami, gdyż gwiazdy nie wybiegają aż tak naprzód i nie odczytam ci z nich wróżby na całe życie, ale jestem pewien, iż spotkasz odpowiednią osobę. Zapomnij o Lenie.
      - Masz rację - odpowiedziałem, odstawiając puste naczynie na drewniany, ciemnobrązowy stół z obrusem w kolorze zgniło-zielonym. - Dziękuję Ci. - Wstałem i ruszyłem w stronę wyjścia. Ildruin podążył za mną. Stojąc w drzwiach uścisnęliśmy się. Wzruszenie sprawiło, iż łzy podeszły mi do oczu, lecz zdołałem się opanować. Nie mogłem uwierzyć, że widzę Ildruina ostatni raz.
      - Nie smuć się, Dúlindirze! Niechaj Gwiazda prowadzi cię szczęśliwie przez podróż zwaną Życiem, abyś u wrót domu Śmierci stanął z przekonaniem, iż uczyniłeś wszystko, do czego przeznaczył cię Los, a nawet i więcej! Mam nadzieję, że odwiedzisz kiedyś mój grób, może kiedy będziesz w moim wieku... jeśli nie... zapal czasem świecę poświęconą mej pamięci na jakimś opuszczonym cmentarzysku...
      - Nie mów tak... - poprosiłem. - Niechaj Gwiazda ma cię w opiece, Ildruinie.
      - Tobie ta opieka bardziej się przyda, synu! - Uśmiechnął się pocieszająco swoim starym, zabawnym uśmiechem i puścił mnie. Uniosłem rękę w geście pozdrowienia i powolnym krokiem zacząłem się oddalać. Po chwili jednak przystanąłem, w momencie, w którym Ildruin miał zatrzasnąć drzwi i szybko zawołałem:
      - Ildruinie!!!
     Starzec wychylił się zza drzwi.
      - Ten zielony kolor... tyle go tutaj... czy stał się on twoim ulubionym, gdyż taki był kolor oczu Elabeth?
      - Och, nie - uśmiechnął się. - Ma mi przypominać o winie.
     Spoglądnąłem nań bez zrozumienia.
      - Twarz Elabeth była zielona na krótko przed zrzuceniem jej w przepaść.

środa, 18 czerwca 2014

07. When elves are holding a rat...

     Nemeyeth wraz z najlepszym przyjacielem - Queriethem, podróżowała obrzeżami miast, trzymając się z dala od ludzi. Wędrówka przywiodła ich do Mrocznego Pustkowia, na sam skraj Czarnej Puszczy. Zamierzali przeprawić się przez nią, gdyż była to krótsza droga prowadząca do morza. Chcieli dostać się tam jak najszybciej, ponieważ czekał ich kurs do sąsiedniej krainy, która leżała na wyspie. Władca tegoż lądu chciał, aby Querieth i Nemeyeth pozbyli się hord hobgoblinów atakujących niewinnych poddanych.
     Querieth, wysoki, bardzo szczupły mroczny elf o oczach przywodzących na myśl trawę obsypaną złotym, kwiatowym pyłkiem, stał przed Nemeyeth, spoglądając na mrok ziejący spomiędzy drzew. Loki w kolorze pszenicy spływały na jego barczyste ramiona. Łowca nosił lekką, ciemną zbroję, na którą miał zarzucone futro. Kołczan ze strzałami, do którego przypięty był łuk, nosił przełożony przez ramię. Pod futrem, choć nie było tego widać, trzymał krótki miecz.
     Nemeyeth, dla kontrastu niska, lecz równie szczupła mroczna elfka zamknęła swoje szmaragodowo-zielone oczy. Wsłuchiwała się w Ziemię, która była ich wspólnym Żywiołem. Delikatny podmuch wiatru bawił się jej długimi, brązowymi włosami, w których widać było rudawe pasma - pozostałości po dawnej rytualnej czerwonej barwie. W dolnej wardze miała dwa kolczyki. Miała na sobie czarną szatę z granatowymi wstawkami, na niej ciemny płaszcz z obszernym kapturem. W prawej dłoni dzierżyła kostur zrobiony z ciemnego drewna, w którego głowicę wciśnięta była czaszka ludzkiego noworodka. Przy pasie miała długi zatruty sztylet.
     Oboje wychwycili niepokojące sygnały płynące od ich Żywiołu. Jakby sama Ziemia przemawiała do nich: "Nie wchodźcie tu!", "Bądźcie ostrożni!". Drzewa wyglądały na stare, konary były tak osmalone, jakby niedawno pożar trawił cały las. Mimo tego, na gałęziach było mnóstwo ciemnozielonych liści.
     Przyjaciele spojrzeli na siebie.
      - Pójdę przodem. Łatwiej wyczuję obecność magii, niż ty. Będziesz mnie krył? - spytała Nemeyeth.
      - Oczywiście - oznajmił Querieth. - Tylko nie wywróć się jak na ostatniej misji, bo wtedy narobiłaś takiego hałasu, że wszystkie gobliny uciekły, z kolei trolle miały niezłą zabawę!
     Nemeyeth spłoniła się.
      - Nie moja wina, że jestem niezdarna...
      - Jasne - mruknął Querieth. - Zwinność elfa, siła krasnoluda... - zachichotał. Nemo posłała mu mordercze spojrzenie i weszli do Puszczy.
     Uderzyła ich martwa cisza, pośród której słyszeli tylko własne oddechy i bicia serca. Co jakiś czas gałązki trzaskały pod ich stopami. Przedzierali się przez Czarną Puszczę. Liczne zarośla spowalniały ich tempo. W pewnym momencie Nemeyeth przystanęła tak gwałtownie, że Querieth wpadł na nią.
      - Zwariowałaś?! Co ty robisz?!
      - Querieth - powiedziała półgłosem. - Musimy się zatrzymać.
      - Co jeszcze? Może piknik zróbmy? - powiedział elf ze złością w głosie.
      - Ktoś nas obserwuje.
      - Nemo... nic nie słyszałem, choć mam równie wyczulony słuch, jak twój. Impulsy magiczne?
     Nemeyeth potrząsnęła głową.
      - Ja to po prostu czuję. Dobrze wiesz, że niejednokrotnie wyczuwałam różne rzeczy instynktem.
      - Wierzę Ci - powiedział Querieth po chwili milczenia. - Jednakże nie powinniśmy tutaj stać. Jesteśmy zbyt łatwym celem.Chodźmy.
     Przyjaciele wznowili wędrówkę. Nie uszli kawałek dalej, nim spadła na nich siatka.
      - Nie ruszajcie się - rozległ się głęboki, męski bas. - Ruszcie się o krok, a stracicie życie.
      - Fajnie - stwierdziła Nemo sarkastycznym tonem. - Ciekawe, jak mamy się ruszyć, skoro właśnie zrzuciliście na nas siatkę...
     Posiadacz głosu wyszedł z cienia. Był to bardzo wysoki, umięśniony mężczyzna, połączenie orka i człowieka. Miał krótkie, szczeciniaste włosy w ciemnym kolorze, a błękitne oczy błyszczały nienaturalnym, złowieszczym blaskiem, wyglądając niczym błękitne ogniki. Nosił skórzaną, lecz wyglądającą solidnie zbroję, przy pasie miał topór. Z drzewa zeskoczył elf, lądując tuż obok wysokiego towarzysza. Elf, podobnie jak towarzysz, miał ciemne włosy i niebieskie oczy, które były matowe i w tym oświetleniu przypominały popiół. Był średniego wzrostu - zdecydowanie wyższy od Nemeyeth, jednocześnie niższy od Querietha. Szczupły, miał na sobie lekką kolczugę. Jego jedyną bronią był napięty łuk i przygotowana strzała, wycelowana w Querietha.
      - Spróbuj strzelić, a dołączysz do mojej armii, psie - wycedziła przez zęby Nemeyeth, ściskając kostur. Querieth ostrzegawczo położył dłoń na jej ramieniu. Nachylił się i szepnął coś do jej ucha. Elfka rozpromieniła się. Po chwili spojrzała na przeciwników i ze słodkim uśmiechem powiedziała:
      - Wybaczcie, bywam czasem dość nerwowa! Jak się nazywacie, mili panowie? Cóż tacy wspaniali mężczyźni robią w tej ciemnej Puszczy?
      - Jeśli myślisz, że twoje kobiece gierki wyprowadzą nas w pole, jesteś w błędzie - rzekł elf, nie zdejmując strzały z cięciwy.
      - Skądże, gdzież mi to w głowie?! Lecz imiona możecie podać! Jestem pewna, że skądś was znam - blefowała.
      - Dobrze, właściwie i tak za chwilę zginiecie, więc nie zaszkodzi podać wam nasze imiona. Ja zwę się Tinchon i jestem ognistym elfem, z kolei to jest Thangkrumm, pół-ork.
      - Thangkrumm? - Nemeyeth nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem. - To brzmi jak kichnęcie! Hahaha!
     Pół-ork widocznie zdenerwował się. Zacisnął rękę na toporze i wykonał ruch, jakby chciał rozciąć nim jej głowę, lecz Tinchon powstrzymał go.
      - Ostatnie życzenie? - spytał elf, uśmiechając się wrednie.
     W tym samym momencie Nemo i Querieth jednocześnie uklęknęli, przykładając dłonie do podłoża, z którego błyskawicznie wystrzeliły dzikie, pokryte bluszczem pnącza. Popłynęły w kierunku przeciwników i nim zdążyli wykonać choćby najmniejszy ruch, oplotły ich niemiłosiernie mocno. Uniosły ich w powietrze, wytrącając broń. Mroczne elfy rozcięły sieć sztyletem Nemo i wyskoczyły w dobrym momencie, ponieważ gdyby siedzieli w niej chwilę dłużej, spadający topór obciąłby im głowy za jednym zamachem, by po chwili ich ciała zostały obsypane gradem strzał wypadających z kołczanu.
      - Punkt pierwszy: poznaj przeciwnika - powiedziała elfka. Querieth pozbierał strzały, sprawdził ich groty i wsadził do swojego - prawie już pustego kołczanu. - Gdybyście spytali nas o to samo, o co my spytaliśmy was, wiedzielibyście, z kim zadzieracie.
     Uwięzieni dziko zawyli ze złości i bezsilności.
      - Punkt drugi: nie szydzi się z osoby słabszej. To niekulturalne. - Posłała promienny uśmiech w stronę więźniów.
      - Jest was więcej? - spytał Querieth łagodnym, spokojnym tonem. - Jest was więcej? - Powtórzył, gdy nie doczekał się odpowiedzi.
      - Chyba potrzebują zachęty -stwierdziła Nemo, wychodząc krok do przodu. - Pozwólcie, iż teraz my się wam przedstawimy!
      - Nazywam się Querieth. Jedną strzałą potrafię przebić trzy gardła naraz. Ponadto potrafię sprawić, że strzała trafi tak niefortunnie, iż przeciwnik umrze w męczarniach. Jeżeli chcielibyście zmierzyć się z nami, posiadam także krótki miecz. Nawet nie zauważylibyście, kiedy ściąłbym wam głowy, jestem taki szybki.
      - Ja z kolei zwę się Nemeyeth. Jestem nekromantką, w dodatku jedną z najlepszych na całym świecie, nie, żebym się chwaliła! - zaśmiała się. - Oprócz tego, że w mgnieniu oka mogę wcielić was do mojej armii nieumarłych, potrafię także rzucać rozmaite klątwy i czary. Dobrze władam też zatrutym sztyletem. Trucizna wsiąka w ranę błyskawicznie. W ciągu minuty ofiara pada w konwulsjach na ziemię, jej naczynia krwionośne rozszerzają się i ofiara doznaje licznych krwotoków. Naszym Żywiołem jest Ziemia. Nie myśl, że uda ci się spalić te pnącza - popatrzyła pogardliwie na ognistego elfa. - W każdej chwili mogę przywołać nowe, tym razem kolczaste.
      - Nie! Czekaj! My...
      - Chyba chcą nam coś powiedzieć! - Wykrzyknął Querieth, imitując odkrywczy ton głosu. Po chwili przybrał surowy ton głosu. - Z jakiego powodu chcieliście nas zabić?
      - Ta Puszcza należy do nas - odezwał się milczący dotychczas Thangkrumm. - My, Plemię Ognia, rządzimy tymi krainami! Wypuśćcie nas! Tracimy tylko czas niezbędny do...
      - ZAMKNIJ SIĘ! - wykrzyknął Tinchon. - Nie rozumiesz, że jeśli im to wygadasz, będą przygotowani? A tak... może uda im się zaskoczyć tę dwójkę i zabiją ich!
      - Zastanów się, Tinchonie - odparował spokojnie barbarzyńca. - Oni mogą nam pomóc. Są zdolni. Ten blondyn potrafi walczyć, nie tylko strzelać z łuku, jak ty - spojrzał na Tinchona wzrokiem, od którego elf zarumienił się ze wstydu. - A widziałeś tę małą? Jest nekromantką, może przywołać parę umarlaków, aby pomogli nam z nimi walczyć!
     Querieth i Nemeyeth spojrzeli na siebie, nic nie rozumiejąc. Po chwili namysłu ognisty elf kiwnął głową i zwrócił się do dwójki stojącej na dole.
      - Wybaczcie nam, towarzysze - zaczął. - Z początku chcieliśmy pozbyć się was, gdyż myśleliśmy, że jesteście posłańcami wroga. Wypuśćcie nas, nie ma czasu do stracenia. Nadchodzą Szczurołapy!
    Nemeyeth spoglądała z niezrozumieniem to na Tinchona, to na Querietha. - Kim są Szczurołapy? Łapią szczury?
      - Nie... - Querieth klepnął się w czoło. - Nie spotkałaś na swojej drodze Szczurołapa? To dobrze wyszkolony wojownik walczący sztyletami, który dodatkowo posiada Magię Umysłu. Ciężko walczy się z nimi, są szybcy i zwinni jak cień.
      - Teraz rozumiem. - Zwróciła się do więźniów. - Jaką mam gwarancję, że nie kłamiecie? Że nie zdradzicie?
      - Przyjmij moje ogniste słowo honoru - Tinchon przyłożył dwa palce lewej ręki w miejsce serca, palec wskazujący prawej ręki przykładając do ust. - Ręczę także za Thangkrumma. Nie czekajmy, błagam was!
     Querieth skinął głową do Nemeyeth i odwołali pnącze. Mroczny elf oddał ognistemu jego strzały i łuk, w tym czasie Thangkrumm wygrzebał swój topór.
     Zrobili to w odpowiednim momencie. Właśnie zza zakrętu wyłoniły się głowy około czterdziestu Szczurołapów, którzy na smyczach trzymali... osiem wielkich szczurów. Wielkością przypominały spore psy, wściekle piszczały, piana toczyła się z ich pysków. Wściekle strzygły wąsami. Każdy Szczurołap miał na sobie obszerną pelerynę, pod którymi skrywali kolczugi. Na głowach mieli kapelusze z bardzo szerokim rondem. Zaczęli wykrzykiwać do siebie coś w dziwacznym języku i rzucili się na nich.
     Na każdą osobę z nowo powstałej "drużyny" przypadało dziesięciu Szczurołapów i dwa szczury. Walka toczyła się zacięcie. Querieth początkowo ramię w ramię z Tinchonem strzelali w Szczurołapy, lecz zdążyli ustrzelić zaledwie czterech, nim ci dotarli do "drużyny". Nemeyeth wzięła się za dowodzenie.
      - Tinchon, do tyłu! Stań za mną i ostrzeliwuj ich! Querieth, razem z Thangiem atakujcie ich mieczem i toporem!
     Tinchon wskoczył na drzewo o szerokich konarach i z szybkością nie mogącą równać się z Queriethem, lecz wystarczającą zaczął strzelać we wrogów. Jego strzały płonęły ogniem, który spalał ciała ustrzelonych przeciwników. Podobnie topór Thangkrumma zapłonął błękitnymi językami ognia, jego oczy rozżarzyły się niebiesko i atakował w dzikim szale. Querieth ze zwinnością i szybkością rozdawał ciosy swoim krótkim mieczem, z kolei Nemo rzucała tyle zaklęć, ile się dało. Zobaczyła, jak jeden z rannych Szczurołapów odbiega w bok i próbuje skryć się, więc rzuciła w niego czarem, który sączy truciznę w ciało ofiary, wykańczając ją. Wiedziała, że Szczurołap daleko nie odejdzie, nim padnie, więc zajęła się rzucaniem innych zaklęć, które powodowały śmierć, lub cierpienie.
     Usłyszała szybko stłumiony krzyk. Odwróciła się i zobaczyła, jak dwa Szczurołapy odciągają w bok zranionego Tinchona. Rozerwana pomiędzy pomocą Queriethowi i barbarzyńcy, a pomocą ognistemu elfowi, wybrała tę drugą opcję. Tinchon w końcu był bezbronny, do dyspozycji miał tylko strzały i łuk. Pobiegła za nimi. Rzuciła klątwę widmowego dotyku - polega to na tym, że ofiara przez chwilę dostaje zamroczenia, słyszy głosy widm i duchów, co doprowadza ją do takiego szaleństwa, iż rani sama siebie - lecz nie trafiła. Przystanęła na chwilę i złajała siebie w duchu. Przecież była nekromantką! Postanowiła przywołać dwa szkielety i nieumarłego goblina. Szkielety były jednymi ze słabszych jednostek; chciała przywołać je, aby zająć Szczurołapy i odbić elfa. Nieumarłe gobliny mają to do siebie, że jednym ukąszeniem powodują wyssanie części życia z ofiary i wlanie go w siebie, dzięki czemu mogą długo walczyć, choć nie są zbyt silne. Skupiła się na tym i po dwóch minutach obok niej stały dwa szkielety i nieumarły goblin. W starożytnym języku Władców Śmierci rozkazała im zaatakować Szczurołapy. Przywołani nieumarli nie zwlekali z wykonaniem rozkazu. Rzucili się na Szczurołapów, którzy porzucili Tinchona w krzaki. Nemeyeth, szybko jak błyskawica, podbiegła do niego, pomagając mu wstać.
      - Wskakuj na tamto drzewo! Jeżeli jesteś w stanie nadal ostrzeliwać wrogów, rób to, lecz oszczędzaj siły, byś mi tu nie wyzionął ducha!
      - Spo... spokojnie - wydyszał elf. - My, elfy, jesteśmy ulepione z twardej gliny! Tylko... tylko muszę odetchnąć... - wysapał i po chwili pokuśtykał do drzewa. Nemeyeth rzuciła na Szczurołapy klątwę podobną do klątwy trucizny - powodowała ona, że ofiara doznaje trądu. Całe ciało gnije na jej własnych oczach. Patrząc zadowolona na efekty, powróciła do Querietha i Thangkrumma. Wciąż walczyli, atakując piętnastu przeciwników, którzy ich otoczyli.
      - Gdzieś ty była?! - Wykrzyknął Querieth. - Wybrałaś sobie porę na przechadzkę!
      - Musiałam uratować Tinchona! Już jestem, daliście sobie radę beze mnie!
     W tym momencie zaczęła rzucać klątwę trucizny na każdego Szczurołapa po kolei. Trzech przedarło się do niej. Jednego powaliła strzała Tinchona, drugiemu do śmierci wystarczyło draśnięcie sztyletem Nemo. Już wcześniej był ranny, a jej trucizna dopełniła jego przeznaczenia. Z trzecim poszło gorzej, gdyż rozciął szatę elfki, wbijając nóż w jej bok. Krzyknęła z bólu. Pociemniało jej w oczach. Jej nozdrza, wcześniej atakowane tą wonią, wyczuły po raz kolejny zapach krwi. Przez chwilę nic nie widziała. Słabła. W akcie desperacji złapała dłońmi twarz Szczurołapa, wbijając kciuki prosto w jego oczy. Zaskoczony mężczyzna upuścił broń i złapał ją za ręce, szarpiąc je do krwi. Ona jednak nie poddała się. Skierowała paznokcie w dół i nacisnęła z całej siły. Przebiła mu powieki, ledwo muskając gałki oczne. Nacisnęła ponownie. Przebiła je. Żółtawa, przezroczysta, gęsta ciecz zalała jej ręce, lepiąc je odrobinę. Białko. Szczurołap zawył. Padł na ziemię, szukając broni. Wystarczyło jedno kopnięcie, aby przewrócić go na plecy. Wbiła mu sztylet pod mostkiem. Miejsce nie miało już znaczenia, trucizna wykonała swoją robotę. Wciąż słabnąca wsparła się na kosturze. Walka kończyła się. Barbarzyńca i łowca dobijali resztę Szczurołapów. Nemo zdążyła rzucić jeszcze jedno zaklęcie: zaklęcie widmowego dotyku, którym trafiła jednego ze Szczurołapów. Później straciła świadomość.

      - Hej, spójrzcie! Budzi się!
     - Co ja... - elfka zmrużyła oczy, oślepiona blaskiem. - Gdzie ja jestem? Umarłam? Ten parszywy Szczurołap załatwił mnie? Trafiłam do nieba? - Zapytała z nadzieją.
      - Nie! - Usłyszała śmiech wymieszany z ulgą. To był głos Querietha. - Żyjesz! Dzięki życzliwości Tinchona i Thangkrumma trafiłaś do ich kryjówki.
      - Typowe kobiety... w ogóle nie powinny walczyć. Małe to to i chude... a delikatne tak, że byle podmuch może to zwiać - burnkął Thang. Nemeyeth posłała mu spojrzenie, od którego wszyscy roześmiali się.
      - Ktoś jeszcze jest ranny? - Spytała Nemo, krzywiąc się z bólu, który odezwał się w jej zranionym boku, gdy śmiała się.
      - Tinchon ma złamaną nogę, parę zadrapań. Thangkrumm z kolei ma sporą szramę na udzie, wiele siniaków, lecz to pół-ork, jest wytrzymały - oznajmił Querieth.
      - A ty? - spojrzała badawczo na przyjaciela.
      - Ach... mi? Nic mi nie jest... - mroczny elf wyraźnie uciekał wzrokiem.
      - Nie kłam! Nemeyeth, Querieth ma - konkretnie to miał - wybity bark, ranę na biodrze, lecz nie tak głęboką, jak ty, no i mnóstwo zadrapań.
      - No mówiłem! Nic mi nie jest!
      - Dosyć - ucięła Nemo. - Wstaję. Wy kładziecie się i teraz moja kolej, by się wami zaopiekować. Ile leżałam?
      - Trzy dni - pospieszył z odpowiedzią Thang. - Straciłaś naprawdę wiele krwi.

     Tydzień później nadszedł czas rozstania. Thangkrumm i Tinchon, z którymi mroczne elfy bardzo się zżyły, eskortowali ich nad sam skraj morza. Dziękując za gościnę Nemeyeth wyściskała Thanga i Tinchona. Wszyscy obiecali sobie, że będą do siebie pisać, że Nemo i Querieth odwiedzą ich w drodze powrotnej, oraz, że zawsze, kiedy ktoś z czwórki będzie potrzebować pomocy, da znać reszcie.

     Stojąc na pokładzie statku, w środku nocy Nemeyeth spoglądała w stronę księżyca.
      - Zadziwiające, jak los splata drogi przeznaczenia, którymi kroczymy... - wyszeptała. - Chciałabym wiedzieć, cóż skrywasz za swoim tajemniczym obliczem, drogi księżycu...
     Usłyszała lekkie kroki za sobą.
     - Nemo, nie śpisz jeszcze? Idź już do kajuty. Musisz się wyspać. Jutro czeka nas ciężkie zadanie.
     - Wiem, Querieth. - Elfka westchnęła, wciąż wpatrując się w bezchmurne, granatowe niebo. - Myślisz, że spotkam kiedyś odpowiedniego powiernika sekretów... i mojej duszy?
     Querieth odchrząknął znacząco. Nemo roześmiała się.
      - Dobrze wiesz, o co mi chodzi.
     Mroczny elf za przykładem przyjaciółki spojrzał w niebo.
      - Opiekujący się tobą Saturn z pewnością kogoś ci przyszykuje - zapewnił ją. - W końcu ma te pierścienie, prawda? To o czymś świadczy. Poza tym - wykonał wskazujący ruch ręką. - Spójrz na moją planetę, Wenus. Ona oznacza miłość. Niechybnie kogoś spotkasz, Nemo. Wenus jest pod dziwnym kątem. Właściwie... wygląda, jakby łączyła ze sobą parę: Jowisz i Księżyc z Saturnem i tą jasną gwiazdą. Może to jakiś znak? - Położył dłoń na jej ramieniu i odszedł do swojej kajuty.
      - Może...

poniedziałek, 16 czerwca 2014

06. Moon through a dragonfly's wing.

     Był to wyjątkowo ciepły letni wieczór. Wiatr przeczesywał zielone liście w lesie, niczym palce dziewczyny przeczesujące włosy ukochanego. Niebo nie skalała nawet najmniejsza chmurka. Gwiazdy migotały spokojnie z granatowej przestrzeni, nieśmiałe promienie błękitnego tej nocy księżyca zaglądały na leśną polankę, na której zebrała się niewielka gromada elfich nomadów.
     Ognisko trzaskało wesoło, pomarańczowe płomienie wzbijały się w górę w dzikim tańcu, wyrzucając w powietrze płatki popiołu. Wokół ognia siedziała trójka osób. Wszyscy widzieli się pierwszy raz na oczy. Po spożyciu potrawy przygotowanej przez jedną z nich, spoczęli na trawie i zaczęli opowiadać sobie o swoich wędrówkach i przygodach. Po długim czasie, obfitym w interesujące powieści, temat zszedł na legendy każdego rodu obecnych tu elfów.
     Fainauriel, elfia wojowniczka, pochodziła z południa. Jej szczep związany był z Żywiołem Ognia. Była elfką dość energiczną i wesołą, jednocześnie otulał ją woal wdzięku. Była średniego wzrostu, miała śniadą karnację, kilka piegów, oczy wyglądające jak dwa bursztyny idealnie pasowały do jej włosów, czarnych z rudymi pasemkami, które sięgały do łopatek. Postrzępione nadawały wrażenie gasnących wśród popiołu płomyków. Była ubrana w lekką, skórzaną zbroję. Krótki miecz leżał zawsze w pobliżu niej. Była charyzmatyczna i zwinna, lecz nie miała wielkiego talentu do opowiadania.
      - Cóż mogę powiedzieć o swoim plemieniu? Przyznam, że nie słuchałam za bardzo, gdy mentor mi to opowiadał, ale... Podobno była kiedyś jakaś elfia księżniczka, całkowicie ruda, w której zakochał się ludzki wojownik o włosach czarnych jak... jak sadza. Ona odwzajemniała jego uczucie, ale nie mogli się połączyć, gdyż doprowadziłoby to do obopólnej klęski. Król, jej ojciec, chciał wydać ją za elfa z plemienia wody - jej spojrzenie padło na jednego z obecnych elfów. - Zaręczył ją bez jej zgody. Ona nie chciała tamtego elfa. Miało to przynieść korzyść królestwie, lecz ona nie myślała o tym. Którejś nocy wyskoczyła ze swojej wieży i pobiegła w umówione miejsce, w którym miała spotkać się z ukochanym. Naryfiel, bo tak się zwała, rzuciła się w ramiona ukochanego Taurina. Pisana była mu jakaś tam szlachcianka z dobrego domu. Oczywiście chciał być tylko z Naryfiel. Postanowili więc, że popełnią samobójstwo, razem. Po gorącej nocy, którą spędzili w swoich objęciach - Fainauriel spojrzała znacząco na wszystkich - wypili wcześniej odpowiednio spreparowane, zatrute wino.
     Wśród elfów nastała cisza. Kolejną osobą, która podjęła się opowiadania, był elf pochodzący z plemienia graniczącego ze szczepem Fainauriel. Był on magiem Żywiołu Wody, z którym związane było pochodzenie jego plemienia. Mornenion był bardzo wysoki. Miał włosy w kolorze siana i błękitne oczy. Miał dobrze zbudowaną sylwetkę, silne, zwinne dłonie. Ubrany był nie w szatę, jak większość magów, a w lekką zbroję z nieznanego innym materiału, który połyskiwał w odcieniach niebieskiego. Obok miał kostur, biały, z szafirem wciśniętym głęboko w drewno.
      - Naszą historią - odezwał się głębokim basem. Miał uspokajający ton, przywodzący na myśl leniwe pluskanie rzeczki, która rozzłoszczona zbyt gwałtownymi opadami deszczu zmienia się nie do poznania. - jest opowieść o potędze mojego przodka. Zabawne, prawda? Plemię Ognia, znane z pociągu do władzy, mają legendę o miłości, my z kolei, spokojne Plemię Wody mamy opowieść o potędze - przetoczył wzrokiem po zebranych. - Potędze, która zgubiła najdoskonalszego z nas. Nie będę zanadto rozwodził się nad tym. Mój przodek uległ żądzy, która zgubiła go. Jego, a także prawie cały szczep, co było wynikiem jego niedopatrzenia - Mornenion spojrzał w dal, najwyraźniej zamyślony. Obecni spoglądali ciekawie, lecz nic więcej nie usłyszeli. - A ty, Nemeyeth? - spytał kulturalnie elfki, która tak bardzo różniła się od nich. Miała wszak jasną karnację, długie włosy w kolorze ciemnego brązu i kontrastujące z nimi zielone oczy, skrywające obietnicę jakichś tajemnic. W dodatku była najniższa i ubrana cała na czarno. - Masz jakąś ciekawą opowieść? W końcu jesteś mrocznym elfem. Zapewne jest krwawa? - uśmiechnął się swoim oszałamiającym uśmiechem, za którym szalało wiele młodych dam. Nemo poczuła, jak na ten widok ściska się jej serce z czułości.
      - Pochodzę, jak wiecie, z północnego szczepu mrocznych elfów. Nasza legenda jest równie różna od waszych oczekiwań, jak wasza od moich.
      - Opowiedz więc! Jestem bardzo ciekawa, co tam skrywacie! - wykrzyknęła Fainauriel. Nemeyeth uśmiechnęła się. Usiadła, krzyżując nogi, spojrzała w niebo i z głosem przepełnionym szacunkiem, zaczęła opowiadać.
      -  Miliardy lat świetlnych temu, na niebie rodziły się i umierały gwiazdy. Słońce... Słońce było obojętne, egoistyczne. Uważało, że gwiazdy i satelity nie mają racji bytu, gdyż odbijały jego promienie, napawając tym oczy ras kotłujących się na Niebieskiej Planecie, Ziemii. Zdarzyło się tak, że słońce wschodziło, tym samym zabijając gwiazdy i satelity. Zauważyło jednak, że dwa ciała niebieskie opierają się sile jego promieni: była to samotna Gwiazda, migocząca raz na niebiesko, raz na czerwono, oraz Księżyc, którego tak bardzo Słońce nienawidziło. Słońce zakochało się w Gwieździe. Chciało zagarnąć ją, pochłonąć, pragnęło jej, widziało jej powierzchnię, nie zważało na to, jaka jest naprawdę. Gwiazda bała się go, lecz starała się z nim zaprzyjaźnić, gdyż była dobrą istotą...
      - Czekaj, istotą? Ale gwiazdy...
      - Nie przerywa się czyjejś opowieści, Fainauriel. Czyż nie uczą tego w twoim plemieniu? - łagodnie zwrócił jej uwagę Mornenion. - Kontynuuj, Nemeyeth.
      - Jak więc mówiłam... - zaczęła Nemo. - ...Gwiazda była dobrą istotą. Jednak nie odwzajemniała uczuć Słońca, które tak brutalnie co rano mordowało jej przyjaciół - inne gwiazdy. Jej serce skierowane było ku...
      - Serce?! Przecież gwiazdy to tylko wielki kawał materii, nie mają serca, tylko jądro zbudowane z metali! - wykrzyknęła Fainauriel. Nemeyeth spojrzała na nią morderczym wzrokiem.
      - Lubisz wzorki, Fainauriel?
      - No... tak, ładne są, jakbyś nie zauważyła, mam nawet kilka "wzorków" wytatuowanych... dlaczego pytasz?
      - Ponieważ w moim plemieniu uczą nas, jak torturować osoby, które często mówią zbyt wiele - oznajmiła Nemo spokojnym tonem. - Potrafię wyciąć w języku jeszcze piękniejsze wzorki, niż te, które masz na rękach.
     Elfka ze szczepu Ognia machinalnie zatkała usta rękoma. Mornenion zaśmiał się cicho, a Nemeyeth kontynuowała.
      - Serce i uczucia Gwiazdy skierowane były ku Księżycowi. Był on jej przyjacielem, całe noce spędzali na rozmowach na każdy temat. Księżyc, w przeciwieństwie do Słońca, dostrzegał jej duszę. Był w nią wpatrzony, nie zwracał uwagi na inne gwiazdy. Jednej nocy wyznał jej uczucia. Gwiazda uradowała się tak tylko, jak może uradować się spragniony wędrowiec na pustyni, który dojrzał oazę. Jednakże w tym samym momencie wstało Słońce. Dojrzało Księżyc, który zbliżył się do Gwiazdy i oszalało z zazdrości. Wpadło w żądzę niszczenia i zaświeciło mocniej, chcąc zabić Gwiazdę - skoro ono nie może jej mieć, niech ona zginie. Księżyc był jednak na tyle potężny, że zasłonił ukochaną swoim ciałem - ciemną stroną, do której Gwiazda przyległa. Jasną stroną odbijał promienie Słońca, które ugodziły Słońce prosto w oczy. Od tamtej pory co poranek toczy się śmiertelna walka Księżyca ze Słońcem. Właśnie dlatego - zakończyła elfka - obraliśmy sobie astralne ciała niebieskie za opiekunów.
     Mornenion i Fainauriel milczeli, pogrążeni w myślach. Każde z nich powoli kładło się, aby przed szarzejącym porankiem zdążyć choć trochę się wyspać.
     Rano cała trójka żegnała się. Mimo kulturowych różnic, zostali dobrymi przyjaciółmi. Każde z nich zachowało w pamięci historie odmiennych szczepów i wnioski płynące z nich.
     Ten poranek był inny niż zwykle. Spoglądali w niebo, na które leniwie wypływało złote Słońce. Widzieli jedyną wytrwałą Gwiazdę, samotną na nieboskłonie, która za jedynego towarzysza miała swój piękny Księżyc.

sobota, 31 maja 2014

05. Dúlindir, czyli gdyby Nemo była bardem...

     Wiele dni wędrówki poświęciłem na dotarcie tej zapyziałej mieściny, do której właśnie wkroczyłem. Już od fosy uderzył mnie wstrętny odór. Woda w niej była żółtawo-zielona, na jej powierzchni unosiły się różne obrzydlistwa. Raz niezidentyfikowany przedmiot, nieco dalej zauważyłem kształt do złudzenia przypominający ludzką dłoń, gdzieś indziej pływały pewne grudki... Cóż za ohyda!
     Przeszedłem przez bramę. Zatrzymał mnie strażnik. 
      - Młodzieńcze, dokąd to? Masz glejt, który pozwala Ci wejść w obrąb miasta? 
      - Jestem Dúlindir, wędrowny bard. Nie mam glejtu, lecz zapewniam, iż nie zamierzam wywoływać burd w mieście. 
     Strażnik roześmiał się dudniącym głosem. i klepnął mnie w ramię. Odsunąłem się, lecz on tego nie zauważył. 
      - Każdy tak mówi! Ale skoro jesteś bardem, odpuszczę ci. - nachylił się konspiracyjnie do mojego ucha. Kiedy zaczął mówić przyciszonym głosem, do moich nozdrzy dotarł zgniły smród wydobywający się z jego jamy ustnej. - Musisz sprawdzić karczmę "Pod Miodowym Dzbanem". Mają tam dobre piwo... i piękne panie do towarzystwa! - mrugnął, zadowolony, że daje mi porady. Uśmiechnąłem się tylko i odszedłem. 
     Krążyłem zatłoczonymi uliczkami, próbując dostać się do rynku. Kupcy próbowali namówić mnie do kupna ich wątpliwego towaru, jeden rzezimieszek usiłował ukraść mi sakiewkę, lecz złamałem mu palce. Krzyknął przeraźliwie i uciekł. 
     W końcu znalazłem się na rynku. Stanąłem w odległości stu kroków od pręgierza, twarzą nań skierowaną. Zawsze lubiłem podziwiać architekturę miast, a ten pręgierz był istnym majstersztykiem. Kamienny, rzeźbiony. U jego stóp były wykute płomienie, wyglądające, jakby ktoś skuł je lodem w momencie najgorętszego ich gorzenia. Sięgały one mniej więcej dwóch metrów. Kolejne dwa metry były wyrzeźbione w twarze przedstawiające bolesne męki wypisane na nich. Pręgierz zwieńczała tabliczka z napisem "Dolor est salus", co w mowie wspólnej znaczyło "Cierpienie jest zbawieniem". 
     Położyłem pokrowiec lutni na bruku, stawiając na niego niewielką skrzyneczkę, do której ludzie mieli wrzucać monety. Odchrząknąłem, sprawdziłem struny lutni i zacząłem grać energiczną melodię, która szybko wpada w ucho. Po chwili zacząłem śpiewać. 

Samotny bard powędrował w świat,
Artysta, odkrywca - to właśnie ja. 
Przeżyłem i widziałem już w życiu wiele:
Głębiny mórz i smocze gardziele, 
Rycerzy przechytrzonych przez brzydkie czarownice, 
Nimfy, driady - piękne dziewice. 
Wędrowałem po zamkach startych przez czas, 
Aż na końcu dotarłem tutaj, do was.

Przemierzałem lasy, różne doliny, 
Wyżyny, równiny, jeziora i kotliny. 
O skarby i majątek zanadto nie dbałem, 
Choć nawet wam się nie marzy, co w dłoniach trzymałem. 
Serca pięknych dam wielokrotnie łamałem, 
Gdyż duch podróżować chciał - przy nich nie pozostawałem. 
Los wielu zależny był tylko ode mnie, 
Czy bard mnie uratuje, czy z przepaści zepchnie? 

Przyjaciół tylu mam ilu wrogów, 
Przekraczałem już w życiu wiele progów.
Teraz wam śpiewam o moich dziejach, 
W sercach waszych niech kwitnie nadzieja -
Bo czy kto starym, czy młodym jest, 
Każdemu pisana jest własna powieść. 
Każdy z was może bardem zostać, 
W pamięci innych na długo pozostać.

     Piosenkę pisałem sam. Nie należała może do wygórowanej, wykwintnej poezji, lecz gawiedź zawsze była nią zachwycona, w odpowiednich momentach dośpiewywali nawet: "hej!". Po piosnce zaczęli wrzucać monety do skrzynki i poprosili o bis. Uśmiechnąłem się skromnie, lecz zaśpiewałem inną przyśpiewkę. Równie skoczną, lecz jej tekst znał każdy. 
     Mam głęboki głos, którego mogłoby pozazdrościć nawet grono najlepszych śpiewaków. Urodziłem się w lasach północy, jestem elfem, więc moje struny głosowe są przystosowane trochę inaczej. Od dziecka wielbiłem śpiewać. W naszej wiosce byli tylko trzej bardowie: dwaj starzy, pamiętający jeszcze czasy Wojny Między Rasami, oraz jeden w średnim wieku, który niestety często wędrował i zdołał dać mi zaledwie trzy lekcje śpiewu. Większości nauczyłem się sam, z niewielką pomocą jednego ze starych bardów. Mój najlepszy przyjaciel, Raonull, dzielił ze mną tę pasję. Oboje spędziliśmy wiele wieczorów na ćwiczeniu strun głosowych. Wiele razy jeden zazdrościł drugiemu, tak jak i wiele razy jeden beształ drugiego. Któregoś dnia, jeszcze jako niesforni młodzieńcy, poszliśmy podglądać młode elfki, które bawiły właśnie nad jeziorem, w którym kąpały swoje nagie, smagłe ciała. Siedzieliśmy na drzewie, wpatrując się z opadniętymi szczękami na to, jak dobrze się bawiły. Jemu podobała się każda, mi podobała się ta jedyna... W pewnym momencie Raonull spadł. Tak niefortunnie, że złamał sobie kark. Zadziwiające, prawda? Choć jesteśmy ulepieni z twardej gliny, Raonull zawsze był delikatniejszy. Często łamał swoje kości przez byle potknięcie się. Wtedy byłem na siebie zły. Zeskoczyłem z drzewa. Chciałem go uratować, choć widziałem, że było za późno. Dlaczego zgodziłem się, byśmy je podglądali na tym drzewie?! Gdyby nie to... mój najlepszy przyjaciel... przeżyłby. Mieliśmy wyruszyć razem w świat. Pocieszam się tym, że nawet nie poczuł bólu. Płakałem, niosąc jego ciało do wioski. Od tamtej pory wiele się we mnie zmieniło. Częściowo obwiniałem elfki o jego śmierć. Nigdy więcej nie spojrzałem na żadną dwa razy. Niektóre elfy nawet niekiedy szydziły, że mam inne upodobania. Jeden posunął się do tego, że w gronie naszych wspólnych znajomych powiedział do mnie, że zamiast opłakiwać swojego martwego kochanka, powinienem znaleźć sobie jakąś elfkę. Wtedy straciłem nad sobą panowanie. Rzuciłem się na niego i zaczęliśmy się bić. Wygrałem. Nikt więcej nie śmiał rzucić takiej uwagi w moim towarzystwie. Za plecami także nie. 
     Piosenka nie była płochymi przechwałkami. Wielokrotnie łamałem serca zarówno dzierlatek, jak i wdów. Wysoki, przystojny, długowłosy blondyn z oczami brązowymi jak świeża kora, o cerze białej jak mleko. Dobrze zbudowany, choć bardzo szczupły. Potrafię zagrać na każdym instrumencie, choć na niektórych idzie mi gorzej. 
     Po kilku piosenkach moja skrzyneczka była wypełniona w większości srebrnikami i miedziakami, lecz ludzie obdarzyli mnie także wieloma złotymi monetami. Wsypałem je do prawie pustej sakiewki i spytałem się kogoś o godną polecenia karczmę. Od razu wiele osób skierowało mnie do "Miodowego Dzbana". Czyżby strażnik miał rację? 
     Kiedy tylko przekroczyłem jej progi, uderzył mnie zaduch - gorące powietrze wymieszane z zapachem ciał, piwa, spalonego jedzenia... westchnąłem w duchu. Podszedłem do lady. Karczmarz przypominał małego, tłustego prosiaka. Zamówiłem wino. Otrzymałem je po chwili. Było wyśmienite! Kolorem przypominało tętniczą krew, było chłodne i orzeźwiające, a jego lekko słodki smak otulał język niczym rajski puch. Tego było mi trzeba! Wypiłem pół butelki. Zazwyczaj stronię od trunków, lecz to wino było cudem. Następnie zamówiłem kufel piwa i przysiadłem się do jednego ze stołów, oblężonych przez gromadę pijących, dowcipkujących i rozgadanych mężczyzn. Włączyłem się w rozmowy. Najlepszym sposobem pozyskania informacji jest zaprzyjaźnienie się z ludźmi i skłonienie ich do wyjawienia informacji. Pomimo mojej niechęci do ludzi, zawsze szybko ich sobie jednoczyłem. 
     Niewielu wie, kim są tak naprawdę bardowie. Potoczną opinią jest, że jesteśmy wędrownymi grajkami, utalentowanymi podróżnikami. Jest to tylko połowa prawdy. Jesteśmy szpiegami, skrytobójcami, którzy łączą pasję z morderczym zawodem. Do tego miasta przybyłem z zadaniem zabicia jednego ze szlachciców, który naraził się mojemu zleceniodawcy poprzez niepłacenie daniny oraz złamanie danego mu słowa. 
     Co chwilę włączałem się do rozmowy. Wypytywano mnie o moje przygody. Opowiadałem o nich, manipulując słowami tak, aby myśleli, że jestem tylko przechwalającym się włóczęgą. W pewnym momencie jeden z nich spytał: 
      - Ty, właściwie, to jak masz na imię? Bo jakoś żem nie spamiętał. Ja to wiesz, jestem Tomcio Zachlana Morda. - zachichotał. Popatrzyłem z udawanym podziwem. 
      - Jestem Dúlindir. - zgromadzeni chłopi popatrzyli po sobie, jakbym nagle oznajmił, że jestem latającą Wróżką-Zębuszką. 
      - Tulimir? Że co? 
      - Dúlindir - powtórzyłem. - Z elfiego języka oznacza to "słowik" i "młody mężczyzna". Można powiedzieć, że moje imię oznacza młodego słowika. 
      - No ta, w sumie to masz fajny ten swój głosik! A znasz balladę o "Cycatej Mariannie"? Może zaśpiewamy, co? - odezwał się Tomcio. 
      - Nie sądzę. Nie lubię tego typu przyśpiewek. - zgasiłem Tomcia, który nadąsał się na chwilę, lecz po paru sekundach sam zaczął mamrotać pod nosem tę piosenkę. Co prawda nie do rytmu, ale tekst znał cały. 
      - Patrz, patrz! Ta mała od Agnessów obserwuje cię! - powiedział do mnie pijany mężczyzna siedzący po mojej prawej stronie. Rozglądnąłem się obojętnie. W karczmie było sporo ładnych i tych mniej pięknych pań, każda z nich miała a to żółtą wstążkę, a to żółte buciki, kolorem oznaczając swoją profesję - kurtyzany. Biuściaste kuchareczki obsługiwały gości przynosząc im jedzenie, jedna z nich obsługiwała klientów pod stołem... co robiła, można było wywnioskować jedynie z odgłosów, jakie wydawał. Choć nikły w szumie głośnych rozmów sporego pomieszczenia, zrobiło mi się niedobrze. W końcu mój wzrok napotkał dziewczynę, o której mówił mój nietrzeźwy kompan. Niewysoka, szczuplutka dziewczyna o pięknej, jasnej karnacji spoglądała na mnie wielkimi, zielonymi jak pistacje oczami. Jej brązowe włosy upięte były w niechlujny kok na czubku głowy, pojedyncze falowane pasma, niesfornie uciekając z fryzury, opadły jej na piersi. Ubrana była w poniszczoną, brudną prostą sukienkę, lecz nawet w niej wyglądała pięknie. Wyglądała na jakieś szesnaście lat Gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, spuściła wzrok. 
       - Kim ona jest? - spytałem beznamiętnym tonem. 
       - To Lena Agness. Córka dawnych szlachciców. Najmłodsza z rodziny. Chcieli sprzedać ją na targu niewolników, lecz karczmarz z żoną przyjęli ją i traktują jak własną córkę. Co prawda luksusów nie ma, lecz lepiej jej tu, niż w rodzinnym domu. 
      - ...choć ciało moje nie chciało, Mariannie wciąż było mało! - zawył Tomcio Zachlana Morda, coraz głośniej śpiewając swoją balladę. Posłałem mu mordercze spojrzenie, lecz nawet go nie dostrzegł, tylko nucił dalej, najwidoczniej zapominając tekstu. 
      - Dlaczego lepiej? - spytałem, kontynuując rozmowę, lecz mój towarzysz dołączył do Tomcia, całkowicie nietrzeźwy. Dałem mu spokój i spojrzałem na dziewczynę. W tym samym momencie zaczepił ją jakiś obleśny pijak. Nie słyszałem, co do niej mówił, lecz widziałem, że złapał ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie, drugą rękę kładąc na jej pośladkach. Próbowała się wyszarpnąć, lecz była za słaba. Nie mogłem nie zareagować. Podszedłem do nich. 
      - Puść ją, albo się doigrasz! - wykrzyknąłem. Pijak osłupiał, po czym wybuchnął śmiechem, ukazując swoje spróchniałe resztki zębów. 
      - Ty śmiesz mnie grozić, chłopcze? - zaśmiał się ponownie. - Co mi zrobisz? Chlaśniesz po twarzy tymi swoimi zniewieściałymi kudłami? A może zaśpiewasz mi balladę, która mnie tak wzruszy, że wybuchnę płaczem?! - razem ze swoimi kompanami śmiał się do rozpuku. Dziewczyna szarpała się przerażona. Podszedłem bliżej i uderzyłem go w twarz. Złamałem mu nos. Pijak ryknął rozzłoszczony, rzucając Lenę. 
      - Idź pod ścianę i nie ruszaj się! - wyszeptałem prosto do jej uszu, gdyż udało mi się ją w ostatniej chwili uchronić przed upadkiem. Posłusznie pobiegła pod ścianę. 
      - Ty... ty gnido! Nie wiesz, kim jestem! Jestem hrabia Devoilage herbu trzyrogiej kozy! - wykrzyknął, trzymając się za nos. Devoilage! Nie wierzyłem we własne szczęście. To jego miałem zabić! Błysnęła mi myśl w głowie. 
      - Upraszam o wybaczenie, mości hrabio - powiedziałem łagodnym tonem, skłaniając się. - Możliwe, iż poniósł mnie mój ognisty temperament, lecz nie znoszę takiego traktowania pięknych, młodych dam. Hrabia winien obściskiwać szlachcianki, a nie pierwsze-lepsze piękne pomocnice w karczmie. 
      - Ty mi tu, kundlu, nie mów, kogo mam obściskiwać, a kogo nie - wymamrotał naburmuszony hrabia, ocierając krew spod nosa. Ostentacyjnie się odwrócił, wracając do libacji. 
     Powoli tłum, który nagle ucichł, przywrócił dawny szmer. Podszedłem do młodej dziewczyny. Patrzyła na mnie onieśmielona. 
      - Dziękuję, panie, uratowałeś mnie przed tym tyranem... - powiedziała nieśmiało cichym głosem przywodzącym na myśl dźwięki dzwoneczków. 
      - Każdy na moim miejscu uratowałby tak piękną dziewczynę. - uklęknąłem, by ucałować jej dłoń. Nie dała mi jej. Poczułem się pusty w środku. Wstałem, zapewne zarumieniony, ukrywając, że się zawiodłem. 
      - Każdy? Tylko ty, panie, obroniłeś mnie. Inni nie ważyliby się. Takie sceny są tu na porządku dziennym. 
      - Leno... - zarumieniła się, słysząc, że znam jej imię. - Nie jestem żadnym panem. Jestem bardem. Mam na imię Dúlindir i proszę, mów tak do mnie. 
      - Dobrze... Dúlindirze. - moje ciało przeszyła dziwna radość, gdy słyszałem, jak jej usta pieszczą moje imię. 
      Nigdy nie wierzyłem, że można zakochać się od pierwszego wejrzenia. Nigdy nie wierzyłem, że mogę zakochać się w ludzkiej dziewczynie. Odszedłem, nie chcąc, by wyczytała cokolwiek z moich oczu. Jej wzrok palił moje plecy. Podszedłem do karczmarza z pytaniem, czy mogę zaśpiewać piosenkę. Zgodził się, lecz powiedział, iż nie gwarantuje, że każdy będzie mnie słuchać. Nie przeszkadzało mi to. Wpadła mi do głowy nagle, kierowana była do jednej osoby. Wskoczyłem na boczny stół, strącając nogami kufle ze śmierdzącą nalewką. Wziąłem swoją lutnię i z drżącym sercem spojrzałem w oczy Leny. Zacząłem śpiewać. Z początku niepewnie, lecz z czasem coraz pewniej. 

 Urodzony w lesie śnieżnym na północy, 
Zwykłem zgadywać z oczu bez pomocy 
Jaką kto ma duszę, twarz wszystko powie;
Dusza nie idzie w parze ze słowem. 
Z zielonych oczu potrafię strach wyczytać, 
Brązowe włosy mogą mój szlak wytyczać, 
Biała cera chmury śniegu przypomina, 
Jak płatki róż usta ma smutne, 
Lecz szczęśliwiec, dla którego jest jutrem. 
Wiele piękna ta duszyczka skrywa, 
Choć pod maską uśmiechu cierpienie ukrywa, 
Pragnie szczęścia i spokoju. 
Gdy nastaną czasy pokoju, 
Młodzieńczą żwawością po łąkach przebiegnie, 
Żadnym pokusom nigdy nie ulegnie, 
O, nieskażona czystości! 
Czy dasz mi zaznać jej miłości? 
Czy niewolnica pokocha barda, 
Czy jego dusza jej miłości jest warta? 
Mroczny artysta nigdy na kobiety nie zważał, 
Przed miłością się wystrzegał, na nią uważał
Lecz ona zmieniła go nie do poznania, 
Zakochał się od pierwszego spotkania, 
Gdy zaszczyciła go zielonym spojrzeniem, 
Stała się jego marzeniem. 
Wędrowna jest bardów natura, 
Lecz bez niej w jego sercu - dziura. 
Gdy odejdzie, jego myśli przy niej pozostaną, 
Lecz gdy będzie, czy jego usta jej wargi dostaną?
Lepiej, by od stali miecza został zgładzony, 
Niż inna dziewczyna zajęła miejsce jego żony.
Powiesz: pochlebca, każdej to śpiewa, 
Lecz ty pierwsza podarowałaś mi kawałek nieba. 
Boli na ciebie samo spoglądanie, 
Gdyż bycie razem zapewne nie jest nam pisane. 
Jeśli kiedyś tu wrócę, prędko cię odszukam. 
Serca nie ochronię, uczuć nie oszukam, 
Stałaś mi się bliska jak dotąd nikt inny, 
Odchodząc uśmiercam uczucia, czuję się winny...

     Zszedłem ze stołu, bojąc się spojrzeć w jej oczy. Byłem zły na siebie za jakość rymów. Hrabia Devoilage zaśmiewał się z kompanami, moi współtowarzysze kufla wykrzykiwali ludowe przyśpiewki. Podszedłem do lady, by zamówić wino. Najlepsze, jakie było. Poczułem, że ktoś kładzie dłoń na mojej głowie. Odwróciłem się. To była Lena. Uśmiechała się nieśmiało. 
     - Kiedy... musisz wyjechać? 
     - Jeszcze dziś, Leno. - westchnąłem, wciąż patrząc w jej nieprzeniknione szmaragdy oczu. 
     - Wróć szybko... proszę. - nachyliła się. Serce zatrzymało mi się na parę sekund... pocałowała mnie w usta! Szybko, delikatnie jak trzepot motylich skrzydeł. Obdarowała mnie jeszcze jednym uśmiechem i pobiegła do swojej izby, która znajdowała się zapewne na piętrze, nad karczmą. Nie mogłem się otrząsnąć. Świadomość, że tak naprawdę nigdy jej nie zobaczę, odbierała mi siły. Poczułem mokrą substancję spływającą po mojej twarzy. Dotarło do mnie, że płaczę. 
     Wyszedłem z karczmy. Musiałem zaczekać, aż Devoilage będzie wychodził za potrzebą, lub wracać do domu. Koczowałem nieopodal karczmy pół dnia. Zaczęło się ściemniać. Wyszedł. Podążyłem za nim. Hrabia zataczał się, dość upity. Skręcił w zaułek, by się załatwić. Kulturalnie poczekałem, aż skończy. Schował swój interes i odwrócił się. Zachodzące słońce świecące zza moich pleców oślepiło go. 
      - Kto t-ty? Kim jezdeś? - czknął. 
     Podszedłem bliżej, zatykając mu usta brudną szmatą. Wyciągnąłem zza pazuchy strzykawkę wypełnioną paraliżującą trucizną. Wbiłem mu ją w tętnicę szyjną. Hrabia próbował krzyknąć, lecz trucizna ma błyskawiczne działanie, które podwaja skuteczność, kiedy dostanie się do krwiobiegu. Padł bezładnie na ziemię. 
     - Nigdy więcej nie tkniesz żadnej dziewczyny, a w szczególności Leny. Nie będziesz w stanie. Tak przy okazji... to, że za chwilę cię zabiję, to nic osobistego. Zapłacił mi za to twój dawny sojusznik, Baron Rottaville. Pamiętasz go? Złamałeś daną mu obietnicę, jednocześnie przestałeś płacić mu daninę. Namieszałeś, Devoilage. Dobranoc. Spotkamy się w piekle. - wyciągnąłem sztylet i przebiłem mu serce. Krew z ostrza wytarłem o jego płaszcz. Ciało zakryłem jakąś płachtą, leżącą w kącie, na którą sam hrabia przed dwoma minutami nasikał. Wzdrygnąłem się z obrzydzenia, opuszczając zaułek. Ależ ci ludzie obrzydliwi. 
     
     
     Nigdy więcej nie zobaczyłem Leny. Nie mogłem wrócić. Wierzyłem, że z czasem moje uczucie wygaśnie, jednak po nocach śniłem o niej. Kim była Lena? Z pewnością nie była człowiekiem. Dostrzegłem to, gdy zbliżyła się, całując mnie. Jej usta były trupio zimne.