Siedziałem w starej, mrocznej bibliotece. Świeca powoli wypalała się, pod powiekami zaś czułem piasek, spędziłem tu całą noc na bezowocnych poszukiwaniach. Najciemniejsza pora doby, tuż przed świtem, a ja wciąż przeglądałem stare księgi i pergaminy. W moich myślach co chwilę pojawiała się Lena, dziewczyna, którą poznałem przed paroma miesiącami.
Pamiętam, jak pożegnała mnie ucałowaniem moich warg. To było przed tym, jak zabiłem tego szlachcica, Devoilage'a. Szczupła dziewczyna, z pistacjowymi oczami i włosami niczym mleczna czekolada... Tak, z nią mógłbym spędzić życie. Dla niej porzuciłbym swoje wędrowne zwyczaje. Mógłbym śpiewać jej pieśni, tworzyć dla niej wiersze. Mimo, iż nie znoszę dzieci, mógłbym z nią spłodzić gromadkę! Jedynym problemem był fakt, że nie wiem, kim, a raczej czym ona jest, lecz z pewnością nie tym, z kim chciałbym obcować.
Jej wargi były trupio zimne. Nie, nie była duchem, gdyż duchy nie są tak materialne. Nie mogła być także demonem, tę możliwość całkowicie odrzuciłem. Upiór? Nie, pochodzę z plemienia, w którym większość szkoli się na Czarnych Magów, mnie także szkolono, lecz szybko porzuciłem te nauki. Zdążyłem jednak nauczyć się wszelkich rodzajów demonów, upiorów, nieumarłych, których przyzywają nekromanci z mojego plemienia.
Całą noc szukałem jakiegoś tropu, najmniejszego strzępku informacji na temat istot, jaką mogłaby być. Wstyd się przyznać, ale... serce mi krwawiło, gdy musiałem sam sobie zakazać nasilającego się uczucia do dziewczyny. Chciałbym móc oddać moją długowieczność w zamian za choć jeden dzień spędzony w jej objęciach, lecz wiedziałem, że nie mogę. Sam siebie beształem w myślach. W końcu jestem bardem, skrytobójcą, mojego serca nie może zmącić myśl o dziewczynie przypadkowo poznanej w jakiejś zapyziałej karczmie!
Noc chyliła się ku upadkowi. Biblioteka, w której siedziałem, znajdowała się w mej rodzimej wiosce, do której zawitałem... pierwszy raz od wielu, wielu lat. Nie chciałem tu wracać ze względu na wspomnienia, jakie wiązały się z wioską, a konkretnie wspomnienia związane z moim zmarłym przyjacielem, Raonullem, który przez swoją głupotę zmarł tragicznie, łamiąc sobie kark. Każdy zakątek, każda dróżka przywoływała w mojej pamięci obrazy, o których chciałem zapomnieć, jednocześnie pragnąc, by przetrwały.
Zamknąłem ostatnią księgę. Kurz z jej okładki wzbił się w górę, zostawiając charakterystyczną, wiekową woń. To na nic. Nie znajdę nic w tej bibliotece. Odłożyłem księgi i pergaminy na miejsce. Zdmuchnąłem świeczkę, która i tak prawie wypaliła się, po czym wyszedłem z biblioteki, zamykając ją na klucz, ten zaś ukryłem w skrytce między deskami na ganku budynku. Myślę, że stary Alcoral, bibliotekarz, odnajdzie go. W końcu sam wskazał mi tę skrytkę.
Skierowałem kroki ku mojemu dawnemu domostwu. Uboga chatka, zbudowana z kamienia, na której dach składały się drewniane bele zaścielone sianem i mchem, była pomalowana na wyblakły już zielony kolor. Pamiętam dzień, w którym ją opuściłem. Było to kilka lat po śmierci Raonulla. Mój ojciec konał. Matka zmarła w połogu, wychowywał mnie właśnie on. Sprawiałem mu wiele kłopotów, bo choć byłem spokojny, niejeden raz biłem się z innymi mrocznymi elfami. Na łożu śmierci poprosił mnie o to, bym zwilżył mu wargi jego ulubionym naparem z ziół. Wykonałem jego polecenie i przyklęknąłem przy nim, płacząc. Chciałem przeprosić go za ból, jaki mu sprawiałem, lecz my, dumne mroczne elfy, mamy problem z przeproszeniem kogoś. Pochyliłem głowę, a on położył mi dłoń na głowie. Chyba zrozumiał. Spojrzałem w jego brązowe oczy, które były idealnym odbiciem moich. Chciał coś powiedzieć. Otworzył nawet usta, lecz wydobył się z nich tylko niezrozumiały charkot. Parę sekund później jego dusza opuściła ciało. Po pogrzebie zabrałem najbardziej przydatne mi rzeczy i opuściłem wioskę o zmierzchu. Ciężkie chmury oblewały mnie deszczem wymieszanym z pierwszymi płatkami śniegu. Wtedy postanowiłem nie wracać.
Musiałem jednak złamać własne postanowienie, gdyż wiedziałem, że moja wioska jest jedynym miejscem na świecie, w jakim mogę dowiedzieć się czegoś na temat Leny. Przypomniało mi się, że przez krótki okres czasu, gdy miałem stać się Czarnym Magiem, nauczał mnie Ildruin, mędrzec pamiętający jeszcze czasy sprzed Wojny Między Rasami. Był bardzo stary, jak i bardzo mądry.
Odnalazłem jego chatę. Chociaż... chata to złe słowo na określenie jego domostwa. Średniej wielkości dom z zielonej cegły, dachówki w podobnym, choć o ton ciemniejszym kolorze. Gotyckie, strzeliste okna miały mroczny, butelkowy odcień. Zauważyłem, iż miast zwykłych szyb, w oknach miał witraże. Drzwi z ciężkiego drewna, jako jedyne odcinały się od wszechobecnej zieleni, były ciemnobrązowe. Z komina wydobywał się dym. To dobry znak. Podszedłem bliżej i zastukałem w drzwi kołatką, oczywiście zieloną. Miała ciekawy wzór - przypominała czaszkę, a część, którą się puka, była żuchwa. Zabawna. Mógłbym kiedyś wymyślić taką zabawkę z ludzkich czaszek i sprzedawać na targach...
- Kogóż niesie? - Usłyszałem zza drzwi starczy, zaspany głos. Drzwi otworzyły się.
- Pamiętasz mnie jeszcze, Ildruinie? Jestem Dúlindir - skłoniłem się. - Przybyłem do ciebie po poradę.
Starzec zmrużył oczy, przeszywając mnie wzrokiem od stóp do głów. Domyśliłem się, iż sprawdza, czy nie jestem przebierańcem. Po chwili jego twarz rozjaśnił uśmiech i odsunął się od drzwi, wpuszczając mnie.
- Szczęśliwa Gwiazda musiała zaprowadzić cię do mnie! Wczytałem w niebie, iż przybędziesz, lecz brałem to za moją własną omyłkę. Wszak przez parędziesiąt dobrych lat nie widziano cię tu, od kiedy zmarł twój ojciec. O cóż więc chcesz mnie zapytać?
- To, że chcę cię o coś spytać, też wyczytałeś w gwiazdach?
- Nie - roześmiał się mentor. - Cóż innego przyprowadziłoby cię do rodzinnej wioski, której tak nienawidzisz?
- Może tęsknota za starym nauczycielem? - Zasugerowałem niewinnie.
Ildruin roześmiał się jeszcze głośniej.
Przyjrzałem mu się. Od mojego ostatniego pobytu w wiosce bardzo zmizerniał. Skurczył się w sobie, schudł, postarzał się, lecz uśmiech pozostawał wesoły jak zawsze. Sięgał mi do ramienia. Jego bystre oczy zawsze fascynowały mnie. Były metalicznie szare. Srebrne włosy, niegdyś krótkie, teraz spadały prostymi pasmami na plecy. Zapuścił brodę, lecz musiał zrobić to nie tak dawno, gdyż sięgała mu zaledwie do obojczyków. Czarne szaty wisiały na nim. Wyglądał jak mroczna, zmęczona gwiazda. Moje serce ścisnęło się. Nie wyobrażałem sobie, aby ktoś tak stary mógł kiedyś odejść. Wszak Ildruin zawsze był. Niezmiennie, wydawałoby się, jakoby był od prapoczątków świata. Starzec wyszedł z pokoju, po chwili wracając z dwoma kubkami z parującym grzanym miodem korzennym. Podał mi jeden z nich. Dostrzegł mój wzrok i uśmiechnął się smutno.
- Tak, Dúlindirze, widzimy się prawdopodobnie ostatni raz. Jakiś czas temu moje ciało trawiła choroba. Choroba, która wyssała większość moich życiowych sił. Tylko dzięki błogosławieństwu Gwiazdy i ciężkiej pracy jej Kapłanek utrzymałem się przy życiu. Jednakże niewiele już mi go pozostało. Ty, który nie znosisz śmierci i jednocześnie ją niesiesz, nie będziesz musiał patrzeć, jak umieram. No - klasnął w dłonie, odstawiając kubek na bok. - Ale teraz zajmijmy się czymś radośniejszym! Młode elfy nie muszą słuchać zrzędzenia starucha. O cóż więc chciałeś zapytać?
- Ildruinie... - zacząłem, wciąż wstrząśnięty jego wyznaniem. Wziąłem głęboki oddech, starając się odrzucić obrazy martwego ojca i przyjaciela sprzed oczu. - Jakiś czas temu poznałem pewną dziewczynę, Lenę.
- Ładna? - Uśmiechnął się w ojcowski sposób.
- Oczywiście! Pistacjowe włosy, brązowe oczy... - rozmarzyłem się, po chwili dostrzegłem zdumiony wzrok Ildruina. - To znaczy... brązowe włosy i pistacjowe oczy! - Poprawiłem się szybko. - Niewysoka, blada. Bardzo, bardzo ładna. Improwizowałem dla niej pieśń.
- I co?
- Nic. Odszedłem. Ale dostałem od niej prezent, gdyż uratowałem jej cnotę. Pocałunek.
Ildruin uśmiechnął się życzliwie, lecz niezbyt zainteresowanie.
- Ildruinie, to nie koniec. Jej usta były lodowato zimne. Jestem pewien, iż nie jest ona człowiekiem, mimo, iż na człowieka wygląda. Raczej nie jest też demonicą, w końcu trochę mnie o tym uczyłeś. Ani duchem, ani nawet upiorem. Szukałem informacji w bibliotece, lecz nic nie znalazłem.
- Dlaczegóż ciekawi cię ta dziewczyna, skoro nie zamierzasz z nią być?
- Ja... - zawiesiłem głos. - Sam nie wiem. Po prostu... chcę wiedzieć.
Przez dłuższą chwilę starzec milczał, wpatrzony w okno.
- Opisz mi wasze spotkanie, proszę.
Zerknąłem nań z ciekawością. Z moimi poetyckimi umiejętnościami opowiedziałem mu wszystko ze szczegółami. Skoncentrowałem się głównie na wyglądzie i zachowaniu Leny, pomijając ludowe przyśpiewki kompanów, ohydne zapachy karczmy i tego typu rzeczy. Kiedy skończyłem opowiadać, Ildruin, trzymający się za podbródek wychudłymi palcami, przypominającymi szpony orła, wstał ze swojego miejsca. Założył ręce za siebie i zaczął krążyć po pokoju, zastanawiając się nad czymś. Po chwili wyszedł z pokoju, mamrocząc coś do siebie. Postanowiłem iść za nim.
Skradałem się tuż za Ildruinem. Nie było to oczywiście trudne. Mędrzec dotarł do ostatnich drzwi po lewej stronie długiego korytarza. Były zrobione z pięknego, intensywnie brązowego drewna. Sam korytarz wyłożony był chyba drewnem, lecz na to położony był niezwykle długi, gruby dywan w perskie wzory. Oczywiście ciemnozielony, idealnie dopasowany do ścian, które miały z kolei kolor wyschniętej trawy. Cóż Ildruin ma z tym zielonym?! Będę musiał go o to spytać. Kiedy otworzył drzwi, moim oczom ukazała się biblioteczka. Cóż, może to zbyt lekkie określenie na jego księgozbiór, który był nieco mniejszy od lokalnej ogromnej biblioteki, lecz na pierwszy rzut oka można było zobaczyć, iż tych tytułów nie znajdę nigdzie. Stałem ukryty pod ścianą w cieniu firan zwisających znad okiennic. Z tego miejsca dostrzegałem układ pokoju. Był wielki, prostokątny. Dłuższe ściany biegły prostopadle do drzwi i były zastawione brązowymi półkami z księgami, książkami, książeczkami, których rozmiary były najróżniejsze - od maleńkich, mieszczących się w dłoni, do ogromnych, zajmujących całe stoły. Stały także mniejsze stoliki, zawalone mapami, pergaminami, nawet dostrzegłem lunetę i inne przedmioty, których nigdy nie widziałem na oczy - ja, wykształcony podróżnik, bard. Okiennice z grubymi, zielonymi firanami, były nieliczne. Widziałem za to sporo kandelabrów ze świecami, widać więc, iż mentor spędzał tu całe noce na studiowaniu ksiąg. Okładki także były niezwykłe. Niektóre cieniusieńkie jak papirusy, inne wyglądały na zrobione z ludzkiej skóry. Ildruin jednak szybko zamknął drzwi, więc musiałem zrezygnowany powrócić do salonu, w którym mnie uraczył. Siedziałem tam dość długi czas. Zaczynałem być już głodny, gdy powrócił gospodarz, niosąc ze sobą jedną z ksiąg. Była gruba, oprawiona w ciemnoczerwoną okładkę, a jej wierzch zdobiły czarne, gotyckie litery układające się w nieznany mi język.
- Niechaj Gwiazda wynagrodzi ci czas zmarnowany na czekanie - powiedział na przeprosiny. - Zawieruszyła się gdzieś ta księga, miałem spory kłopot, by ją odszukać.
- Nie szkodzi - odpowiedziałem, choć w duchu byłem lekko poirytowany.
- Dúlindirze, powiedz mi, jak czułeś się, gdy Lena cię odrzuciła?
- Co? - Zdziwiłem się. - Skąd to pytanie?
- Pytam, jak się czułeś, kiedy Lena nie podała ci dłoni do ucałowania?
- Ja... poczułem się... no... rozczarowany, pusty... - wytężyłem pamięć. - Wiem, że... opuściła mnie wtedy na chwilę pewna chęć do życia, wiem, że to głupie.
- Czyż nie poczułeś się, jakby opadła z ciebie cała energia? - Spytał.
Zastanowiłem się nad odpowiedzią. Owszem, poczułem się tak, lecz w przypływie weny nie zwróciłem na to uwagi.
- Od tamtej pory... - zacząłem powoli. - Ja... obniżyła mi się samoocena. Wtedy poczułem się naprawdę źle. A kiedy mnie pocałowała... tak, radowałem się, niemożebnie. Ale jednocześnie... tak, poczułem się, jakbym nie miał energii. Na nic. Teraz to uczucie minęło, zapewne ten słynny "Czas", który leczy rany.
Ildruin rzucił mi tajemnicze spojrzenie i przewertował karty księgi. Co chwilę coś do siebie mamrotał, gdy otworzył ją na jakimś rozdziale, zaznaczonym brunatną tasiemką.
- Mówiłeś coś, że była zimna?
- No... nie dotknąłem jej ręki, ale usta miała zimne. Bił też od niej chłód, może była w pomieszczeniu, w którym trzymali jakąś żywność wymagającą chłodu.
- Nie sądzę - mruknął.
- Ildruinie... cóż odkryłeś w jej sprawie?
Starzec, milcząc, rzucił mi księgę na kolana i wskazał coś palcem. - Tu czytaj, synu, na głos.
- "Kobiety te cechują się bardzo niską temperaturą ciała, jak i nadzwyczajną urodą. Bardzo ciężko odróżnić je od zwykłych kobiet. Jest w nich coś takiego, co sprawia, iż podobają się każdemu przedstawicielowi płci męskiej; niczym francuskie wile (strona 694). Są jednak o wiele groźniejsze i potężniejsze. Ich zadaniem bowiem jest wyssanie energii życiowej z ofiary. Ich działanie zazwyczaj polega na wpędzaniu ofiary w skrajne uczucia, takie jak złość, gniew, rozczarowanie, rozpacz, lecz także radość, oszołomienie. Właśnie tymi emocjami się karmią. Wampirzyce energetyczne, czy też emocjonalne, występują głównie w centralnej i północnej części kontynentu, lecz spotykane są także w Oriencie..."
Nie miałem ochoty więcej czytać. Na stronie obok była narysowana piękna dziewczyna, na pozór zwykła ślicznotka, lecz teraz już wiedziałem, że jest ona wampirzycą energetyczną.
- I cóż by mi groziło?
- Och, nic, co zagrażałoby ci fizycznie - stwierdził Ildruin. - Ona najpierw grałaby niedostępną, później łaskawie zgodziłaby się być twoją, oczywiście grałaby bardzo emocjonalnie, wręcz wymuszając na tobie różne uczucia. Wpędzałaby cię w niesłuszne, lecz ogromne poczucie winy, bądź w ogromną radość, z każdymi większymi emocjami nie radziłbyś sobie, gdyż ona pozbawiałaby cię energii życiowej. A to gorsze, niż atak fizyczny. Te wampirzyce są chyba najgorszym pasożytem z wszystkich rodzajów wampirów!
Zamyśliłem się. Czy to możliwe, żeby prześliczna Lena, która mnie pocałowała, była wampirzycą energetyczną?
- O, nieskażona czystości! Czy dasz mi zaznać jej miłości? Czy niewolnica pokocha barda, czy jego dusza jej miłości jest warta? - Zanuciłem, przypominając sobie pieśń, jaką dla niej zaimprowizowałem. - Ha! - Prychnąłem. - Nieskażona czystości! Dobre sobie... Jak mogłem być tak ślepy, Ildruinie?!
- Dúlindirze, nie obwiniaj siebie. Takie wampirzyce jest bardzo ciężko zidentyfikować. Poza tym są rzadkie, gdyż niewiele osób potrafi aż tak oddziaływać na innych.
- Jestem mrocznym elfem. Przecież powinienem był od razu domyślić się, kim ona jest! Jestem żałosny! - Złapałem się za głowę, pochylając się do przodu.
- Dúlindirze... - powtórzył starzec. - Kiedy byłem w twoim wieku, przeżyłem coś podobnego.
Spojrzałem na mędrca zdumiony. Nigdy nie opowiadał mi nic o swojej przeszłości, oprócz jakichś ważniejszych faktów, jak walka podczas Wojny Między Rasami. Zazwyczaj był zamknięty w sobie, jak większość mrocznych elfów.
- Była piękną leśną elfką. Wspaniale nam się rozmawiało. Oczywiście to był inne czasy, nie wystarczyło spotkać kogoś w oberży, wszystko odbywało się oficjalnie. Byliśmy zaręczeni... ona, sierota bez żadnej rodziny, nie musiała pytać nikogo o zgodę, z kolei moi dziadkowie zgodzili się.
- Dziadkowie?
- Tak. Byłem wychowywany przez dziadków. Matka zmarła, gdy byłem bardzo mały, zmarła podczas porodu mojego brata. On też zmarł. Z kolei ojciec załamał się tak, iż nie był w stanie opiekować się mną. Zamknięto go w specjalnym... ośrodku. To nieistotne. Wracając do opowieści... wszystko wydawało się być idealne, niczym w bajce, gdyby nie fakt, iż byłem coraz bardziej wycieńczony. W jej towarzystwie byłem niemożebnie radosny, czułem się pewny siebie, niczym król całego świata, w końcu moją miała być ona, najpiękniejsza spośród wszelkich księżniczek świata! - Westchnął, w przypływie uniesienia i wspomnień. - Lecz pomimo radości, coś nie dawało mi spokoju, odbierało chęć do życia. Któregoś dnia... stałem nad urwiskiem na Skale Zapomnienia.
- Tej w Zatrutym Lesie, z której skacze większość samobójców?
- Tej samej.
- Ale... chyba nie chciałeś się zabić?! - Wykrzyknąłem.
Ildruin uśmiechnął się smutno i pokiwał głową.
- Wtedy przyszła ona. Elabeth. Krzyczała. Płakała. Mówiła, że myślę tylko o sobie. Poczułem się jeszcze gorzej, wyprany z wszelkiej energii. Odczuwałem jedynie przeogromny wstyd, złość na samego siebie, oraz bezbrzeżny smutek. Złapała mnie za ramię. To był nasz pierwszy kontakt fizyczny.
- Pierwszy? Ależ byliście zaręczeni!
- W tamtych czasach nie wypadało dotykać damy przed ślubem!
- Rozumiem. Opowiadaj dalej, Ildruinie.
- Zorientowałem się, iż ma bardzo zimne dłonie - kontynuował starzec. - Zwróciłem na to uwagę, mimo, iż byłem zamroczony mieszaniną uczuć i emocji. "Dlaczego masz takie zimne dłonie?", spytałem. Odpowiedziała, iż to ze stresu, lecz ja wtedy posunąłem się dalej i położyłem rękę na jej policzku i przejechałem nią do szyi, obojczyków. Krzyknęła, przerażona, bardzo przenikliwym głosem. "Jak śmiesz?!", powiedziała tonem pełnym jadu i uderzyła mnie w twarz. Lecz było za późno. Domyśliłem się. Złapałem jej delikatne, szczupłe nadgarstki w silnym uścisku i spoglądając jej w oczy spytałem wprost, dlaczego mnie oszukała. Teraz zgrywała niewinną. Zaczęła płakać, mówiąc, iż brukam jej godność, wykręcała się. Po chwili, widząc, iż to nie skutkuje, zaatakowała fizycznie. Zaczęliśmy walczyć.
Starzec nie kontynuował. Nie mogąc pohamować ciekawości, spytałem:
- Wygrałeś? Co się z nią stało?
Ildruin przez chwilę nie odpowiadał. W końcu usłyszałem jego nienaturalnie opanowany głos.
- Tak, wygrałem. Cóż się z nią stało, pytasz? Jej roztrzaskane w przepaści truchło z pewnością pożarły hieny, sepy, bądź inne stworzenia.
Długi czas oboje milczeliśmy. Sączyłem powoli resztkę napoju, którym uraczył mnie mędrzec.
- Dúlindirze... nie przejmuj się Leną. Jesteś jeszcze młody. Nie wiem, jaka przyszłość czeka cię w związku z uczuciami, gdyż gwiazdy nie wybiegają aż tak naprzód i nie odczytam ci z nich wróżby na całe życie, ale jestem pewien, iż spotkasz odpowiednią osobę. Zapomnij o Lenie.
- Masz rację - odpowiedziałem, odstawiając puste naczynie na drewniany, ciemnobrązowy stół z obrusem w kolorze zgniło-zielonym. - Dziękuję Ci. - Wstałem i ruszyłem w stronę wyjścia. Ildruin podążył za mną. Stojąc w drzwiach uścisnęliśmy się. Wzruszenie sprawiło, iż łzy podeszły mi do oczu, lecz zdołałem się opanować. Nie mogłem uwierzyć, że widzę Ildruina ostatni raz.
- Nie smuć się, Dúlindirze! Niechaj Gwiazda prowadzi cię szczęśliwie przez podróż zwaną Życiem, abyś u wrót domu Śmierci stanął z przekonaniem, iż uczyniłeś wszystko, do czego przeznaczył cię Los, a nawet i więcej! Mam nadzieję, że odwiedzisz kiedyś mój grób, może kiedy będziesz w moim wieku... jeśli nie... zapal czasem świecę poświęconą mej pamięci na jakimś opuszczonym cmentarzysku...
- Nie mów tak... - poprosiłem. - Niechaj Gwiazda ma cię w opiece, Ildruinie.
- Tobie ta opieka bardziej się przyda, synu! - Uśmiechnął się pocieszająco swoim starym, zabawnym uśmiechem i puścił mnie. Uniosłem rękę w geście pozdrowienia i powolnym krokiem zacząłem się oddalać. Po chwili jednak przystanąłem, w momencie, w którym Ildruin miał zatrzasnąć drzwi i szybko zawołałem:
- Ildruinie!!!
Starzec wychylił się zza drzwi.
- Ten zielony kolor... tyle go tutaj... czy stał się on twoim ulubionym, gdyż taki był kolor oczu Elabeth?
- Och, nie - uśmiechnął się. - Ma mi przypominać o winie.
Spoglądnąłem nań bez zrozumienia.
- Twarz Elabeth była zielona na krótko przed zrzuceniem jej w przepaść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Ostatni krzyk złapanej duszy.