sobota, 31 maja 2014

05. Dúlindir, czyli gdyby Nemo była bardem...

     Wiele dni wędrówki poświęciłem na dotarcie tej zapyziałej mieściny, do której właśnie wkroczyłem. Już od fosy uderzył mnie wstrętny odór. Woda w niej była żółtawo-zielona, na jej powierzchni unosiły się różne obrzydlistwa. Raz niezidentyfikowany przedmiot, nieco dalej zauważyłem kształt do złudzenia przypominający ludzką dłoń, gdzieś indziej pływały pewne grudki... Cóż za ohyda!
     Przeszedłem przez bramę. Zatrzymał mnie strażnik. 
      - Młodzieńcze, dokąd to? Masz glejt, który pozwala Ci wejść w obrąb miasta? 
      - Jestem Dúlindir, wędrowny bard. Nie mam glejtu, lecz zapewniam, iż nie zamierzam wywoływać burd w mieście. 
     Strażnik roześmiał się dudniącym głosem. i klepnął mnie w ramię. Odsunąłem się, lecz on tego nie zauważył. 
      - Każdy tak mówi! Ale skoro jesteś bardem, odpuszczę ci. - nachylił się konspiracyjnie do mojego ucha. Kiedy zaczął mówić przyciszonym głosem, do moich nozdrzy dotarł zgniły smród wydobywający się z jego jamy ustnej. - Musisz sprawdzić karczmę "Pod Miodowym Dzbanem". Mają tam dobre piwo... i piękne panie do towarzystwa! - mrugnął, zadowolony, że daje mi porady. Uśmiechnąłem się tylko i odszedłem. 
     Krążyłem zatłoczonymi uliczkami, próbując dostać się do rynku. Kupcy próbowali namówić mnie do kupna ich wątpliwego towaru, jeden rzezimieszek usiłował ukraść mi sakiewkę, lecz złamałem mu palce. Krzyknął przeraźliwie i uciekł. 
     W końcu znalazłem się na rynku. Stanąłem w odległości stu kroków od pręgierza, twarzą nań skierowaną. Zawsze lubiłem podziwiać architekturę miast, a ten pręgierz był istnym majstersztykiem. Kamienny, rzeźbiony. U jego stóp były wykute płomienie, wyglądające, jakby ktoś skuł je lodem w momencie najgorętszego ich gorzenia. Sięgały one mniej więcej dwóch metrów. Kolejne dwa metry były wyrzeźbione w twarze przedstawiające bolesne męki wypisane na nich. Pręgierz zwieńczała tabliczka z napisem "Dolor est salus", co w mowie wspólnej znaczyło "Cierpienie jest zbawieniem". 
     Położyłem pokrowiec lutni na bruku, stawiając na niego niewielką skrzyneczkę, do której ludzie mieli wrzucać monety. Odchrząknąłem, sprawdziłem struny lutni i zacząłem grać energiczną melodię, która szybko wpada w ucho. Po chwili zacząłem śpiewać. 

Samotny bard powędrował w świat,
Artysta, odkrywca - to właśnie ja. 
Przeżyłem i widziałem już w życiu wiele:
Głębiny mórz i smocze gardziele, 
Rycerzy przechytrzonych przez brzydkie czarownice, 
Nimfy, driady - piękne dziewice. 
Wędrowałem po zamkach startych przez czas, 
Aż na końcu dotarłem tutaj, do was.

Przemierzałem lasy, różne doliny, 
Wyżyny, równiny, jeziora i kotliny. 
O skarby i majątek zanadto nie dbałem, 
Choć nawet wam się nie marzy, co w dłoniach trzymałem. 
Serca pięknych dam wielokrotnie łamałem, 
Gdyż duch podróżować chciał - przy nich nie pozostawałem. 
Los wielu zależny był tylko ode mnie, 
Czy bard mnie uratuje, czy z przepaści zepchnie? 

Przyjaciół tylu mam ilu wrogów, 
Przekraczałem już w życiu wiele progów.
Teraz wam śpiewam o moich dziejach, 
W sercach waszych niech kwitnie nadzieja -
Bo czy kto starym, czy młodym jest, 
Każdemu pisana jest własna powieść. 
Każdy z was może bardem zostać, 
W pamięci innych na długo pozostać.

     Piosenkę pisałem sam. Nie należała może do wygórowanej, wykwintnej poezji, lecz gawiedź zawsze była nią zachwycona, w odpowiednich momentach dośpiewywali nawet: "hej!". Po piosnce zaczęli wrzucać monety do skrzynki i poprosili o bis. Uśmiechnąłem się skromnie, lecz zaśpiewałem inną przyśpiewkę. Równie skoczną, lecz jej tekst znał każdy. 
     Mam głęboki głos, którego mogłoby pozazdrościć nawet grono najlepszych śpiewaków. Urodziłem się w lasach północy, jestem elfem, więc moje struny głosowe są przystosowane trochę inaczej. Od dziecka wielbiłem śpiewać. W naszej wiosce byli tylko trzej bardowie: dwaj starzy, pamiętający jeszcze czasy Wojny Między Rasami, oraz jeden w średnim wieku, który niestety często wędrował i zdołał dać mi zaledwie trzy lekcje śpiewu. Większości nauczyłem się sam, z niewielką pomocą jednego ze starych bardów. Mój najlepszy przyjaciel, Raonull, dzielił ze mną tę pasję. Oboje spędziliśmy wiele wieczorów na ćwiczeniu strun głosowych. Wiele razy jeden zazdrościł drugiemu, tak jak i wiele razy jeden beształ drugiego. Któregoś dnia, jeszcze jako niesforni młodzieńcy, poszliśmy podglądać młode elfki, które bawiły właśnie nad jeziorem, w którym kąpały swoje nagie, smagłe ciała. Siedzieliśmy na drzewie, wpatrując się z opadniętymi szczękami na to, jak dobrze się bawiły. Jemu podobała się każda, mi podobała się ta jedyna... W pewnym momencie Raonull spadł. Tak niefortunnie, że złamał sobie kark. Zadziwiające, prawda? Choć jesteśmy ulepieni z twardej gliny, Raonull zawsze był delikatniejszy. Często łamał swoje kości przez byle potknięcie się. Wtedy byłem na siebie zły. Zeskoczyłem z drzewa. Chciałem go uratować, choć widziałem, że było za późno. Dlaczego zgodziłem się, byśmy je podglądali na tym drzewie?! Gdyby nie to... mój najlepszy przyjaciel... przeżyłby. Mieliśmy wyruszyć razem w świat. Pocieszam się tym, że nawet nie poczuł bólu. Płakałem, niosąc jego ciało do wioski. Od tamtej pory wiele się we mnie zmieniło. Częściowo obwiniałem elfki o jego śmierć. Nigdy więcej nie spojrzałem na żadną dwa razy. Niektóre elfy nawet niekiedy szydziły, że mam inne upodobania. Jeden posunął się do tego, że w gronie naszych wspólnych znajomych powiedział do mnie, że zamiast opłakiwać swojego martwego kochanka, powinienem znaleźć sobie jakąś elfkę. Wtedy straciłem nad sobą panowanie. Rzuciłem się na niego i zaczęliśmy się bić. Wygrałem. Nikt więcej nie śmiał rzucić takiej uwagi w moim towarzystwie. Za plecami także nie. 
     Piosenka nie była płochymi przechwałkami. Wielokrotnie łamałem serca zarówno dzierlatek, jak i wdów. Wysoki, przystojny, długowłosy blondyn z oczami brązowymi jak świeża kora, o cerze białej jak mleko. Dobrze zbudowany, choć bardzo szczupły. Potrafię zagrać na każdym instrumencie, choć na niektórych idzie mi gorzej. 
     Po kilku piosenkach moja skrzyneczka była wypełniona w większości srebrnikami i miedziakami, lecz ludzie obdarzyli mnie także wieloma złotymi monetami. Wsypałem je do prawie pustej sakiewki i spytałem się kogoś o godną polecenia karczmę. Od razu wiele osób skierowało mnie do "Miodowego Dzbana". Czyżby strażnik miał rację? 
     Kiedy tylko przekroczyłem jej progi, uderzył mnie zaduch - gorące powietrze wymieszane z zapachem ciał, piwa, spalonego jedzenia... westchnąłem w duchu. Podszedłem do lady. Karczmarz przypominał małego, tłustego prosiaka. Zamówiłem wino. Otrzymałem je po chwili. Było wyśmienite! Kolorem przypominało tętniczą krew, było chłodne i orzeźwiające, a jego lekko słodki smak otulał język niczym rajski puch. Tego było mi trzeba! Wypiłem pół butelki. Zazwyczaj stronię od trunków, lecz to wino było cudem. Następnie zamówiłem kufel piwa i przysiadłem się do jednego ze stołów, oblężonych przez gromadę pijących, dowcipkujących i rozgadanych mężczyzn. Włączyłem się w rozmowy. Najlepszym sposobem pozyskania informacji jest zaprzyjaźnienie się z ludźmi i skłonienie ich do wyjawienia informacji. Pomimo mojej niechęci do ludzi, zawsze szybko ich sobie jednoczyłem. 
     Niewielu wie, kim są tak naprawdę bardowie. Potoczną opinią jest, że jesteśmy wędrownymi grajkami, utalentowanymi podróżnikami. Jest to tylko połowa prawdy. Jesteśmy szpiegami, skrytobójcami, którzy łączą pasję z morderczym zawodem. Do tego miasta przybyłem z zadaniem zabicia jednego ze szlachciców, który naraził się mojemu zleceniodawcy poprzez niepłacenie daniny oraz złamanie danego mu słowa. 
     Co chwilę włączałem się do rozmowy. Wypytywano mnie o moje przygody. Opowiadałem o nich, manipulując słowami tak, aby myśleli, że jestem tylko przechwalającym się włóczęgą. W pewnym momencie jeden z nich spytał: 
      - Ty, właściwie, to jak masz na imię? Bo jakoś żem nie spamiętał. Ja to wiesz, jestem Tomcio Zachlana Morda. - zachichotał. Popatrzyłem z udawanym podziwem. 
      - Jestem Dúlindir. - zgromadzeni chłopi popatrzyli po sobie, jakbym nagle oznajmił, że jestem latającą Wróżką-Zębuszką. 
      - Tulimir? Że co? 
      - Dúlindir - powtórzyłem. - Z elfiego języka oznacza to "słowik" i "młody mężczyzna". Można powiedzieć, że moje imię oznacza młodego słowika. 
      - No ta, w sumie to masz fajny ten swój głosik! A znasz balladę o "Cycatej Mariannie"? Może zaśpiewamy, co? - odezwał się Tomcio. 
      - Nie sądzę. Nie lubię tego typu przyśpiewek. - zgasiłem Tomcia, który nadąsał się na chwilę, lecz po paru sekundach sam zaczął mamrotać pod nosem tę piosenkę. Co prawda nie do rytmu, ale tekst znał cały. 
      - Patrz, patrz! Ta mała od Agnessów obserwuje cię! - powiedział do mnie pijany mężczyzna siedzący po mojej prawej stronie. Rozglądnąłem się obojętnie. W karczmie było sporo ładnych i tych mniej pięknych pań, każda z nich miała a to żółtą wstążkę, a to żółte buciki, kolorem oznaczając swoją profesję - kurtyzany. Biuściaste kuchareczki obsługiwały gości przynosząc im jedzenie, jedna z nich obsługiwała klientów pod stołem... co robiła, można było wywnioskować jedynie z odgłosów, jakie wydawał. Choć nikły w szumie głośnych rozmów sporego pomieszczenia, zrobiło mi się niedobrze. W końcu mój wzrok napotkał dziewczynę, o której mówił mój nietrzeźwy kompan. Niewysoka, szczuplutka dziewczyna o pięknej, jasnej karnacji spoglądała na mnie wielkimi, zielonymi jak pistacje oczami. Jej brązowe włosy upięte były w niechlujny kok na czubku głowy, pojedyncze falowane pasma, niesfornie uciekając z fryzury, opadły jej na piersi. Ubrana była w poniszczoną, brudną prostą sukienkę, lecz nawet w niej wyglądała pięknie. Wyglądała na jakieś szesnaście lat Gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, spuściła wzrok. 
       - Kim ona jest? - spytałem beznamiętnym tonem. 
       - To Lena Agness. Córka dawnych szlachciców. Najmłodsza z rodziny. Chcieli sprzedać ją na targu niewolników, lecz karczmarz z żoną przyjęli ją i traktują jak własną córkę. Co prawda luksusów nie ma, lecz lepiej jej tu, niż w rodzinnym domu. 
      - ...choć ciało moje nie chciało, Mariannie wciąż było mało! - zawył Tomcio Zachlana Morda, coraz głośniej śpiewając swoją balladę. Posłałem mu mordercze spojrzenie, lecz nawet go nie dostrzegł, tylko nucił dalej, najwidoczniej zapominając tekstu. 
      - Dlaczego lepiej? - spytałem, kontynuując rozmowę, lecz mój towarzysz dołączył do Tomcia, całkowicie nietrzeźwy. Dałem mu spokój i spojrzałem na dziewczynę. W tym samym momencie zaczepił ją jakiś obleśny pijak. Nie słyszałem, co do niej mówił, lecz widziałem, że złapał ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie, drugą rękę kładąc na jej pośladkach. Próbowała się wyszarpnąć, lecz była za słaba. Nie mogłem nie zareagować. Podszedłem do nich. 
      - Puść ją, albo się doigrasz! - wykrzyknąłem. Pijak osłupiał, po czym wybuchnął śmiechem, ukazując swoje spróchniałe resztki zębów. 
      - Ty śmiesz mnie grozić, chłopcze? - zaśmiał się ponownie. - Co mi zrobisz? Chlaśniesz po twarzy tymi swoimi zniewieściałymi kudłami? A może zaśpiewasz mi balladę, która mnie tak wzruszy, że wybuchnę płaczem?! - razem ze swoimi kompanami śmiał się do rozpuku. Dziewczyna szarpała się przerażona. Podszedłem bliżej i uderzyłem go w twarz. Złamałem mu nos. Pijak ryknął rozzłoszczony, rzucając Lenę. 
      - Idź pod ścianę i nie ruszaj się! - wyszeptałem prosto do jej uszu, gdyż udało mi się ją w ostatniej chwili uchronić przed upadkiem. Posłusznie pobiegła pod ścianę. 
      - Ty... ty gnido! Nie wiesz, kim jestem! Jestem hrabia Devoilage herbu trzyrogiej kozy! - wykrzyknął, trzymając się za nos. Devoilage! Nie wierzyłem we własne szczęście. To jego miałem zabić! Błysnęła mi myśl w głowie. 
      - Upraszam o wybaczenie, mości hrabio - powiedziałem łagodnym tonem, skłaniając się. - Możliwe, iż poniósł mnie mój ognisty temperament, lecz nie znoszę takiego traktowania pięknych, młodych dam. Hrabia winien obściskiwać szlachcianki, a nie pierwsze-lepsze piękne pomocnice w karczmie. 
      - Ty mi tu, kundlu, nie mów, kogo mam obściskiwać, a kogo nie - wymamrotał naburmuszony hrabia, ocierając krew spod nosa. Ostentacyjnie się odwrócił, wracając do libacji. 
     Powoli tłum, który nagle ucichł, przywrócił dawny szmer. Podszedłem do młodej dziewczyny. Patrzyła na mnie onieśmielona. 
      - Dziękuję, panie, uratowałeś mnie przed tym tyranem... - powiedziała nieśmiało cichym głosem przywodzącym na myśl dźwięki dzwoneczków. 
      - Każdy na moim miejscu uratowałby tak piękną dziewczynę. - uklęknąłem, by ucałować jej dłoń. Nie dała mi jej. Poczułem się pusty w środku. Wstałem, zapewne zarumieniony, ukrywając, że się zawiodłem. 
      - Każdy? Tylko ty, panie, obroniłeś mnie. Inni nie ważyliby się. Takie sceny są tu na porządku dziennym. 
      - Leno... - zarumieniła się, słysząc, że znam jej imię. - Nie jestem żadnym panem. Jestem bardem. Mam na imię Dúlindir i proszę, mów tak do mnie. 
      - Dobrze... Dúlindirze. - moje ciało przeszyła dziwna radość, gdy słyszałem, jak jej usta pieszczą moje imię. 
      Nigdy nie wierzyłem, że można zakochać się od pierwszego wejrzenia. Nigdy nie wierzyłem, że mogę zakochać się w ludzkiej dziewczynie. Odszedłem, nie chcąc, by wyczytała cokolwiek z moich oczu. Jej wzrok palił moje plecy. Podszedłem do karczmarza z pytaniem, czy mogę zaśpiewać piosenkę. Zgodził się, lecz powiedział, iż nie gwarantuje, że każdy będzie mnie słuchać. Nie przeszkadzało mi to. Wpadła mi do głowy nagle, kierowana była do jednej osoby. Wskoczyłem na boczny stół, strącając nogami kufle ze śmierdzącą nalewką. Wziąłem swoją lutnię i z drżącym sercem spojrzałem w oczy Leny. Zacząłem śpiewać. Z początku niepewnie, lecz z czasem coraz pewniej. 

 Urodzony w lesie śnieżnym na północy, 
Zwykłem zgadywać z oczu bez pomocy 
Jaką kto ma duszę, twarz wszystko powie;
Dusza nie idzie w parze ze słowem. 
Z zielonych oczu potrafię strach wyczytać, 
Brązowe włosy mogą mój szlak wytyczać, 
Biała cera chmury śniegu przypomina, 
Jak płatki róż usta ma smutne, 
Lecz szczęśliwiec, dla którego jest jutrem. 
Wiele piękna ta duszyczka skrywa, 
Choć pod maską uśmiechu cierpienie ukrywa, 
Pragnie szczęścia i spokoju. 
Gdy nastaną czasy pokoju, 
Młodzieńczą żwawością po łąkach przebiegnie, 
Żadnym pokusom nigdy nie ulegnie, 
O, nieskażona czystości! 
Czy dasz mi zaznać jej miłości? 
Czy niewolnica pokocha barda, 
Czy jego dusza jej miłości jest warta? 
Mroczny artysta nigdy na kobiety nie zważał, 
Przed miłością się wystrzegał, na nią uważał
Lecz ona zmieniła go nie do poznania, 
Zakochał się od pierwszego spotkania, 
Gdy zaszczyciła go zielonym spojrzeniem, 
Stała się jego marzeniem. 
Wędrowna jest bardów natura, 
Lecz bez niej w jego sercu - dziura. 
Gdy odejdzie, jego myśli przy niej pozostaną, 
Lecz gdy będzie, czy jego usta jej wargi dostaną?
Lepiej, by od stali miecza został zgładzony, 
Niż inna dziewczyna zajęła miejsce jego żony.
Powiesz: pochlebca, każdej to śpiewa, 
Lecz ty pierwsza podarowałaś mi kawałek nieba. 
Boli na ciebie samo spoglądanie, 
Gdyż bycie razem zapewne nie jest nam pisane. 
Jeśli kiedyś tu wrócę, prędko cię odszukam. 
Serca nie ochronię, uczuć nie oszukam, 
Stałaś mi się bliska jak dotąd nikt inny, 
Odchodząc uśmiercam uczucia, czuję się winny...

     Zszedłem ze stołu, bojąc się spojrzeć w jej oczy. Byłem zły na siebie za jakość rymów. Hrabia Devoilage zaśmiewał się z kompanami, moi współtowarzysze kufla wykrzykiwali ludowe przyśpiewki. Podszedłem do lady, by zamówić wino. Najlepsze, jakie było. Poczułem, że ktoś kładzie dłoń na mojej głowie. Odwróciłem się. To była Lena. Uśmiechała się nieśmiało. 
     - Kiedy... musisz wyjechać? 
     - Jeszcze dziś, Leno. - westchnąłem, wciąż patrząc w jej nieprzeniknione szmaragdy oczu. 
     - Wróć szybko... proszę. - nachyliła się. Serce zatrzymało mi się na parę sekund... pocałowała mnie w usta! Szybko, delikatnie jak trzepot motylich skrzydeł. Obdarowała mnie jeszcze jednym uśmiechem i pobiegła do swojej izby, która znajdowała się zapewne na piętrze, nad karczmą. Nie mogłem się otrząsnąć. Świadomość, że tak naprawdę nigdy jej nie zobaczę, odbierała mi siły. Poczułem mokrą substancję spływającą po mojej twarzy. Dotarło do mnie, że płaczę. 
     Wyszedłem z karczmy. Musiałem zaczekać, aż Devoilage będzie wychodził za potrzebą, lub wracać do domu. Koczowałem nieopodal karczmy pół dnia. Zaczęło się ściemniać. Wyszedł. Podążyłem za nim. Hrabia zataczał się, dość upity. Skręcił w zaułek, by się załatwić. Kulturalnie poczekałem, aż skończy. Schował swój interes i odwrócił się. Zachodzące słońce świecące zza moich pleców oślepiło go. 
      - Kto t-ty? Kim jezdeś? - czknął. 
     Podszedłem bliżej, zatykając mu usta brudną szmatą. Wyciągnąłem zza pazuchy strzykawkę wypełnioną paraliżującą trucizną. Wbiłem mu ją w tętnicę szyjną. Hrabia próbował krzyknąć, lecz trucizna ma błyskawiczne działanie, które podwaja skuteczność, kiedy dostanie się do krwiobiegu. Padł bezładnie na ziemię. 
     - Nigdy więcej nie tkniesz żadnej dziewczyny, a w szczególności Leny. Nie będziesz w stanie. Tak przy okazji... to, że za chwilę cię zabiję, to nic osobistego. Zapłacił mi za to twój dawny sojusznik, Baron Rottaville. Pamiętasz go? Złamałeś daną mu obietnicę, jednocześnie przestałeś płacić mu daninę. Namieszałeś, Devoilage. Dobranoc. Spotkamy się w piekle. - wyciągnąłem sztylet i przebiłem mu serce. Krew z ostrza wytarłem o jego płaszcz. Ciało zakryłem jakąś płachtą, leżącą w kącie, na którą sam hrabia przed dwoma minutami nasikał. Wzdrygnąłem się z obrzydzenia, opuszczając zaułek. Ależ ci ludzie obrzydliwi. 
     
     
     Nigdy więcej nie zobaczyłem Leny. Nie mogłem wrócić. Wierzyłem, że z czasem moje uczucie wygaśnie, jednak po nocach śniłem o niej. Kim była Lena? Z pewnością nie była człowiekiem. Dostrzegłem to, gdy zbliżyła się, całując mnie. Jej usta były trupio zimne. 

niedziela, 11 maja 2014

04. "Kochać to znaczy połączyć się z lustrem, które przecież zniknie i pozostawi pustkę." - JK

     Nemeyeth stała nieruchomo, wpatrując się w srebrzystą taflę lustra. Od dawna zastanawiała się, czy jej teoria jest prawdziwa. Mówiła o tym, że każdy - czy to elf, krasnolud, człowiek, czy choćby goblin - w łożysku miał bliźniaka, który jednak zmarł. Lecz zmarł tylko częściowo, gdyż został wypchnięty do zimnego, alternatywnego świata. Świata, do którego wgląd mamy jedynie poprzez zwierciadła. Każdy widzi kogoś innego, widzi swojego własnego bliźniaka.
     Będąc małą, "bliźniaczka" Nemo czasem uśmiechała się, rozmawiała, chwaliła elfkę. Lecz po jakimś czasie bliźniaczka zmieniła się. Posmutniała, znienawidziła Nemeyeth. Zawsze miała smutek w oczach, za którymi kryło się coś, co przypominało... demona.
     Stała przed lustrem, gdyż przymierzała właśnie nową suknię, w której miała zaraz udać się do teatru. Była długa, sięgała ziemi, krańcami ciągnęła się za elfką, która była niska. Sukienka była w kolorze nocnego nieba. Miała długie, przylegające do rąk rękawy, lecz odsłaniała jasne ramiona.
     - Story of your life, time of solitude and strife, freedom... - zaczęła śpiewać z przymkniętymi oczami elfka, lecz urwała widząc, że jej lustrzane odbicie nie rusza ustami, a wpatruje się w nią ze złośliwym uśmiechem.
     - Tak... historia twojego życia to czas samotności i walki, ale wolność... nie dla ciebie! - poruszyły się usta odbicia. Elfka mogła tez przysiąc, że słyszała stłumiony głos, dochodzący jakby zza szyby... a może z niej samej? Nie miała czasu się zastanawiać, gdyż w tym momencie wydarzyło się coś niewiarygodnego.
     Lustrzana bliźniaczka wyciągnęła dłonie w stronę szyby dzielącej ją od świata, przecisnęła przez nią ręce i złapała Nemo za ramiona, wciągając ją do swej alternatywnej, odbitej krainy. Nemeyeth, zbyt przerażona, by cokolwiek zrobić, spodziewała się bólu, poczuła jednak tylko takie uczucie, jakie czuje się, kiedy przebija się palcem bańkę mydlaną, bądź też wkłada się zwilżony wodą palec do środka takowej bańki. Zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, na pozór nic się nie zmieniło. Jedynie to, że... wszystko było odwrócone. Jak w lustrze. Elfia dziewczyna podbiegła do lustra, próbując wrócić.
     - Na nic to, Nemeyeth... - usłyszała zza pleców. To dziewczyna wyglądająca identycznie jak elfka. Wypowiedziała jej imię tak, jakby wypowiadała nazwę czegoś obrzydliwego. - Wyjdziesz stąd, kiedy ja tego zapragnę.
     - Wyglądasz jak ja... tyle, że... ja mam przedziałek na lewo, a ty na prawo... kim... kim jesteś?
     - Tym, kim byłabyś ty, gdybym to ja wygrała życie w twoim świecie.
     Nemeyeth spojrzała badawczo na bezimienną.
     - A więc... moja teoria, że nasze odbicia to nasi bliźniacy... to prawda?
     - Tak - dziewczyna podeszła bliżej. - Ja cierpię w tym świecie. Nie pasuję do niego. Ty cierpisz w tamtym, prawda? Taaak... wiem to, nie musisz patrzeć na mnie takim ogłupiałym wzrokiem... Pozwól, że wytłumaczę ci tę teorię dokładniej. Kiedy ktoś, kto decyduje o tym, jaką płeć i wygląd otrzymamy - nie, dla mnie to nie Bóg, ja w niego nie wierzę, to chyba jedyna nasza różnica! - rozgrywa się walka. Trzyma w rękach dwa zarodki. Czasem dzieje się tak, że te zarodki nie walczą. Rodzą się razem, jako bliźniacy. Czasem jednak jeden wygrywa walkę i sam jest umieszczany pod sercem matki - prychnęła pogardliwie na wzmiankę o sercu. - Nie znaczy to jednak, że jest silniejszy. Wygrany rodzi się, przegrany zostaje jego odbiciem.
     - Ale... w takim razie... co z odbiciem bliźniaków?
     - Och, tworzy się ich na poczekaniu - machnęła ręką.
     - Jak się nazywasz?
     - Co? - bliźniaczka spojrzała na Nemeyeth z niezrozumieniem.
     - Twoje imię. Taki zlepek liter, które tworzą jakiś sen, tworzą wyraz, którym nazywamy kogoś - odpowiedziała Nemo ze złośliwym tonem w głosie.
     - Odbicia nie mają imion. Nazywaj mnie jak chcesz. Jest mi to obojętne. Może być... Rosalind.
     - Dobrze... Rossy. Po co mnie tu wezwałaś? Chcę wrócić...
     - Nie wrócisz tak prędko, siostrzyczko. Najpierw sobie porozmawiamy, później się z tobą pobawię. Na końcu pozwolę ci wrócić, lecz wątpię, że będziesz miała siły - roześmiała się. Nemo zerknęła na lustro. - Nie martw się, przejście jest zamknięte. A teraz siadaj! - Rosalind popchnęła Nemeyeth na wcześniej przygotowany fotel. Wyglądał na wygodny, lecz okazał się twardy. Kiedy elfka tylko go dotknęła, nagle wyłoniły się z niego łańcuchy, które ją przykuły.Oplotły jej nogi w kostkach, przyszpiliły biodra do siedzenia, oplotły klatkę piersiową i ramiona do oparcia, zaś jej nadgarstki przytrzymały dwa stalowe pierścienie.
     Nemo próbowała się wyrwać, lecz łańcuchy wbijały się w jej ciało. Zrezygnowała. Czuła się nieco jak Alicja, która trafiła do Krainy Okrucieństwa, miast do Krainy Czarów. Czuła, że jej odbicie jest psychopatyczną dziewczyną. Nie bez przyczyny wybrała to imię - Rosalind była poprzednim wcieleniem Nemeyeth, wampirzycą-psychopatką, wielbiącą krew. Wiele z tych cech wciąż pozostało w Nemo, ale w porównaniu do swojej poprzedniczki była znacznie łagodniejsza.
     - Dlaczego to ty wygrałaś? To ja chciałam wygrać! - wykrzyknęła bliźniaczka. Wyciągnęła zza pasa tasak, obejrzała go dokładnie i odłożyła na bok. Podeszła do szafki, wysunęła jedną z szuflad. Stała zwrócona plecami do Nemo, widocznie coś oglądała. Po chwili odwróciła się z diabolicznym uśmiechem i podłużnym, ostrym nożem w dłoni. Aby sprawdzić jego ostrość, przeciągnęła nim po udzie elfki, która krzyknęła. Na nodze pojawiła się długa, krwawa kreska, powiększająca się z każdą sekundą. - Oj, chyba zraniłam małą Nemo! NEMO! NIKT! Jesteś nikim! Więc dlaczego to ty żyjesz na tym lepszym świecie?! DLACZEGO?! Nienawidzę cię! Powinnaś była wylądować jako odbicie!
     - Ale... Rosalind... myślisz, że na tym świecie mam lekko? Hordy ogrów, orków, goblinów, wszelkie inne potwory, nieustająca walka! Ludzie potępiają elfy! Nie zostało nas wiele, jesteśmy przeganiani, gardzą nami...
     Rossy nachyliła się nad elfką i szepnęła jej do ucha.
     - Ale wy macie szansę wszystko zmienić... my jesteśmy tylko odbiciem. - odsunęła się i delikatnie przeciągnęła nożem po szyi Nemo. - Szkoda, że nie mogę cię zabić - powiedziała ze smutkiem w głosie. - Wtedy i ja zniknę. Mogę jednak cię poranić. Choć jestem twoim odbiciem, nic mi się nie stanie, bo wiesz? My nie mamy nerwów, nic nas nie boli...
     Nemeyeth zacisnęła zęby z bezsilności. Stopami jednak dotykała ziemi, więc nie czuła się na bardzo straconej pozycji. Dawniej, już jako mała elfka, potrafiła opanować swój Żywioł samym umysłem, bez wskazywania i gestów. Aby jednak to zrobić, nic nie mogło jej w tym przeszkadzać. Tymczasem stało przed nią jej psychopatyczne odbicie, gotowe poranić ją bez zahamowań. Zdecydowała się na ryzykowny zabieg, który znała od znajomej ludzkiej dziewczyny, która potrafiła opanować magię umysłu. Polegał on na odcięciu zmysłów od możliwości odbierania wszelkich bodźców. "Oszukiwał" mózg, więził go, izolował. Dzięki temu można było zebrać dowolną ilość energii, pozostawiając umysł w nienaruszonym stanie. Był ryzykowny, ponieważ odcinając organizm od reagowania na bodźce, można było nawet nie zauważyć śmierci i uwięzić duszę na wieki w pustce. Rosalind mówiła, że nie zabije Nemo, lecz nikt nie dawał pewności, że organizm elfki przetrzyma przygotowane dla niej tortury. Wiedziała, że ma wiele do stracenia - kto zaopiekuje się jej bliskimi? Kto ochroni gród Wrocisława od hord wulgarnych orków? Ale z drugiej strony - jeżeli wróci bardzo poraniona, może umrzeć i wtedy także nikt nie będzie w stanie zrobić tych czynności. Musiała szybko podjąć decyzję...
     W następnej chwili zamknęła oczy. Poczuła zimną stal wbijaną w nogę na wysokości łydki. Nie krzyknęła. Ból przez nią przeszedł, ale... nie był w stanie nic jej zrobić. Coraz mniej czuła, słyszała. Jej oczy, pomimo opuszczonych powiek, wypełniła biel. Ciało ogarnął błogi spokój.
     Cisza.
     Biel.
     Brak odczuć.
     Mimo, że to wszystko działo się zaledwie w głowie Nemeyeth, było prawdziwe. Elfka zaczęła zbierać siły. Każdy strzępek many. Każdą kroplę energii.
     W tym czasie Rosalind zaczęła się dziwić, że Nemo nie reaguje.
     - Dlaczego nie krzyczysz z bólu? Przecież... wbiłam Ci nóż w łydkę już szósty raz, a ty nie reagujesz... Nie wierzę, że nie jesteś tak delikatna, by nie poczuć, jak ktoś wbija Ci dwadzieścia centymetrów stali w nogę! - mówiąc to uderzyła elfkę trzonkiem w brzuch. Zero reakcji. - Krzycz... KRZYCZ! Chcę słyszeć, jak błagasz mnie o litość! - rozerwała piękną suknię Nemeyeth, obnażając drobne, blade ciało w ładnej bieliźnie pod kolor sukni. Pochyliła się, sunąc czubkiem noża po skórze elfki, wybierając miejsce pchnięcia. Tuż pod mostkiem nacisnęła nóż. Wbiła go, rozcinając skórę elfki, która z bolesnym jękiem otworzyła oczy. Jarzyły się dziwnym, zielonym blaskiem. Wyszarpnęła nóż, szarpiąc ranę. Zdążyła jeszcze machnąć parę razy na oślep, rozcinając jej przedramiona, żebra, ramię - parę centymetrów wyżej i przecięłaby tętnicę! - a także policzek. Krew buchnęła z ran na jej ręce. Nie zdążyła zrobić nic więcej, gdyż ziemia rozstąpiła się pod nią.
     - NIE! NEMEYETH! Ratuj! Jestem twoją siostrą, nie pozwól mi spaść w tę otchłań! - krzyczała rozdzierającym tonem. Elfka słabła. Pocięte nogi, brzuch, ręce nieprzyjemnie pulsowały, a twarz piekła. Pamiętając, aby nie przerwać połączenia z rozstąpioną ziemią, elfka wypuściła cieniutkie pnącze z ziemi. Wślizgnęły się na jej ciało, pod łańcuchy, po czym, mocno na nie napierając, zniszczyły je. Elfka opadła na jedną z poręczy fotela. Spojrzała na siebie, po chwili zwracając oczy, które zalśniły złowrogim blaskiem, na bliźniaczkę.
     - Zniszczyłaś mi sukienkę... pocięłaś mi ciało... jak ja pójdę do teatru? - spytała cichym, spokojnym tonem, za którym czaiła się groźba. - Wybacz, bliźniaczko, lecz mylisz się. Nie jesteś silniejsza. - nachyliła się, podając zdumionej Rossy dłoń. Chwyciła ją. Wyszła nad ziemię. - Teraz powalczymy jak... równa z równą... choć tak naprawdę jesteś ode mnie dużo gorsza... Tylko żałosne odbicie prawdziwej, potężnej Nemeyeth...
     - Zam... Zamknij się!!! - wykrzyknęła Rosalind, rzucając się na Nemo, ta jednak roześmiała się pogardliwie, zadowolona ze sztuczki, której nauczyła jej ta sama znajoma od magii umysłu. Zadziwiające, jak wiele mogą zdziałać same słowa - największa magia stworzona najbardziej naturalnie. Elfka podłożyła odbiciu nogę, przez co rozsierdzona dziewczyna poktnęła się i wyrżnęła twarzą o fotel, łamiąc sobie nos. Kolejna salwa śmiechu elfki.
     - Tak żałosna istota zamierza ze mną walczyć?! Raz już cię pokonałam, zrobię to i drugi raz!
     - Nigdy! - bliźniaczka rzuciła się na elfkę, chwytając tasak. Jedno machnięcie i utknął wbity nad kolanem Nemo, która ryknęła ze złości i bólu. Narzędzie utknęło w kości, na szczęście niezbyt głęboko. Elfka przemogła się, wyrzekając się racjonalnej zasady - nie wyciąga się przedmiotów wbitych w ranę - i wyciągnęła go. Pamiętając, że nie jest w stanie nic zrobić odbiciu, rzuciła tasakiem w lustro. Zbiła je. Teraz pozostało dojść tam. Wiedziała jednak, że nie będzie to takie łatwe, skoro ma poranione nogi i psychopatyczne odbicie naprzeciw. Ponownie przywołała pnącze, które skutecznie przywiązały Rosalind do fotela. Dziewczyna szarpała się, rośliny pękały, mimo swej wytrzymałości. Nemeyeth rzuciła się do lustra, wiedząc, że tylko ułamki sekund są jej szansą. Dobiegając do lustra przeskoczyła przez bramę do swojego świata...
     Wylądowała na czymś miękkim i ciepłym. Podniosła się, nie wierząc własnym oczom.
      - ROSALIND! Co ty... tutaj...
     Bliźniaczka otknęła się i syknęła z bólu, łapiąc się za złamany nos.
     - Co to za paskudne uczucie... co się ze mną... - otworzyła oczy i wstrzymała oddech z wrażenia.
     Nemeyeth wstała. Wzięła porzucony nieopodal nóż i wbiła w nogi odbicia. "Skoro ona nigdy nie czuła bólu, pierwszy raz może ją zszokować, dzięki czemu będę mogła wrzucić ją do jej świata.
Brama jeszcze się nie zamknęła" pomyślała elfka. Nie myliła się - Rossy skuliła się, łkając z bólu i znieruchomiała. Zemdlała.
     - Uch, jakaż ona ciężka! - narzekała Nemo pod nosem, próbując dźwignąć bliźniacze odbicie. - Perkele! Peto... PETO!  - zawołała. Do pomieszczenia wsunął się pysk jej wilka, później całe wielkie cielsko. W jego oczach dojrzała niepokój. Podszedł i cicho warknął, wpatrując się z niezrozumieniem to w Rossy, to w Nemeyeth. - Peto, weź ją, wrzuć ją do lustra... ja... ja już nie mogę... - zatoczyła się na ziemię. Wilk wziął odbicie w zęby i wrzucił przez bramę do jej świata. Wyszedł na chwilę, wracając z dużym, brzozowym pudełeczkiem.
     Elfka bez słowa wzięła je. Nie mogła teraz marnować energii. Pozbyła się podartej sukni, mać rozsmarowując po ranach. Wspomagała w krzepnięciu krwi i sklepianiu ran. Ten podarek dostała kiedyś od pustelnika. Wiedziała, jak ją przyrządzić, lecz była to resztka jej zapasów.
     Po skończeniu smarowania ran, wspomagana przez Peto położyła się na swoje łóżko. Była wyczerpana. Chciała zasnąć i spać, spać, spać... Miała nadzieję, że kiedy się wybudzi, przygoda okaże się tylko snem...

03. Cmentarzysko myśli

Krążyła po dawnej alejce, jej stopy szeleściły w ciemnozielonym bluszczu, gdy przedzierała się przezeń. Oplatał jej nogi, jakby żył i chciał, aby ona podzieliła smutny los tych, których już nikt nie pamięta.
"Ziemia jest moim żywiołem, lecz... ta się buntuje", pomyślała Nemeyeth.
Znalazła nagrobek, który ją interesował.
Przyklęknęła, odgarniając drobną dłonią ziemię i liście, które w tak długi czas uzbierały się na powierzchni nagrobka wepchniętego brutalnie w ziemię, przewróconego, jakby piekło chciało go pochłonąć.
Długą chwilę się wahała. Co, jeżeli nie podoła? Co, jeśli jej umiejętności w zakresie nekromancji są zbyt małe? Tak wcześnie opuściła swój lud... choć fakt, że była najzdolniejszą uczennicą i najbardziej utalentowaną mroczną elfką ze swojego szczepu, czynił ją dumną. Wszak przez dwadzieścia lat nauczyła się tego,  co inne elfy uczą się w przeciągu od pięćdziesięciu do stu lat. Teraz, mając zaledwie niespełna trzysta lat, była znana jako jeden z najzdolniejszych adeptów nekromancji w całym świecie.
Nie wiedziała jednak, dlaczego jej intuicja tak buntuje się, tak wzbrania się przed zrobieniem tego. Ziemia w tym miejscu nie chciała wykonywać jej rozkazów, a jak będzie z czarną magią?
Zdecydowała. Podejmie ryzyko. Wezwie straszliwego upiora, strażnika parku, który kiedyś ukazał się psu jej ciotki, gdy ciotka była z nim na spacerze. Pies stanął w miejscu, zaczął przeraźliwie szczekać, po czym umknął do domu. Nie był to pierwszy lepszy strachliwy pies - wielki pies, którego sierść przypominała owoc kasztana pokryty rdzą... To przez tego psa Nemeyeth miała uraz w psychice i bała się co większych psów.
Otrząsnęła się ze wspomnień.
Rozglądnęła się bacznie na boki. Park był całkiem pusty, jeśli nie liczyć wesołych wiewiórek biegających po nim. Cofnęła się o krok, by stać miedzy dwoma wysokimi drzewami. Wzięła głęboki wdech i wyciągnęła ręce w stronę nagrobka. Zamknęła oczy i cicho zaczęła recytować stare zaklęcia. Skupiła się. Teraz czuła, że przez każdą, nawet najmniejszą komórkę jej ciała przelewa się mroczna moc. Poczuła to! Gęste, mroczne impulsy płynące z grobu. Najpierw słabe, lecz później tak mocne, że wydawało się, jakby oplatały jej ciało grubymi warstwami. Nie mogła się ruszyć, jej koncentracja powoli słabła. Niepokoiło ją to. Nigdy tego nie odczuwała, jednak kiedyś jeden z najstarszych mentorów ostrzegał ją przed tym. "Pamiętaj, viisas Nemeyeth; nie zadzieraj z nim. Jeżeli będziesz czuła, że fale bijące z grobu lub tej istoty zalewają cię jak gęste bagno, w które wpada się przypadkiem błądząc po mokradłach, zaprzestań. Może być tak, że przeciwnik jest silniejszy. Może cię pokonać, a takiej straty byłoby szkoda... jesteś najmądrzejszą z moich wszystkich podopiecznych. On jest utkany ze zła, a śmierć jest jego pobratymcą. Uciekaj" brzmiało w głowie elfki. Postanowiła jednak, że wytrwa.
Ukazał się. Był wysoki i bardzo wychudzony. Miał ludzki tułów, z którego wyrastały dodatkowe trzy pary rąk, przez co korpus przypominał wielkiego pająka. Na twarz miał zarzucony ciemny kaptur. Widziała jedynie czerwone błyski w miejscu, gdzie winny być oczy. Słabła. Upiór roześmiał się.
- Głupia! Nie rozumiesz, że jestem silniejszy? Zgniotę Cię małym palcem, niczym karalucha! - jego głos był niski, rozdwojony, pochodzący z głębi zapadniętej klatki piersiowej.
- Chcę tylko zadać kilka pytań... a później Cię pokonać! - wykrzyknęła, mimo, że z każdą sekundą czuła, że życie, choć nieśmiertelne, uciekało z niej.
- Nie, nie będziesz zadawać pytań. Kim, u diabła, jesteś, że śmiesz w ogóle się do mnie odzywać?! - krzyknął dudniącym głosem, po czym uniósł rękę i siłą telekinezy rzucił elfką o ziemię. Nie ruszała się. - Wstawaj! Walcz, jeśli masz odwagę! - koniec zdania umknął w ryku straszliwego śmiechu.
Nemeyeth podniosła się, czuła, że poniosła klęskę. Cóż ona mogła zrobić? Ona, mała, słaba elfka, przeciwko tak silnemu upiorowi? Starzec miał rację. Nie mogła go pokonać. Mogła jednak zagonić go z powrotem do grobu. Oszukując własne nerwy, stała się pusta, jedyne, co czuła, to mroczna energia. Upiór miotał nią na wszystkie strony. Usłyszała chrupnięcie, złamał jej żebro. Skuliła się, lecz nie poczuła bólu. Zbierała energię, wszelkie jej resztki. Uniesiona przez moc upiora, chwyciła się drzewa i stabilnie stanęła na rozgałęzieniu. Zamachnęła się i rzuciła ogromną kulą energii wprost w niego. Usłyszała ryk złości i wiedziała, że udało się jej. Lecz była to ostatnia myśl przed utratą świadomości.

Obudziła się we własnej kryjówce. Przed nią siedział starzec - mentor, o którym tak niedawno myślała. Poruszyła się, po czym syknęła z bólu.
- Poczywaj - mruknął starzec. - Masz złamane dwa żebra, cudem nie przebiły płuc. Jesteś cała poobijana, lecz mroczne elfy są ulepione z twardej gliny. Dlaczego go wezwałaś?
- Wody - wychrypiała elfka. Stary podał jej naczynie z wywarem z leczniczych ziół. Skrzywiła się, lecz piła dalej. Zapadła cisza.
- Wytłumacz mi, Nemeyeth. Nigdy nie byłaś nieposłuszna moim rozkazom. Gdyby nie Peto, który zorientował się, gdzie jesteś i wezwał mnie, nie przeżyłabyś. Obrażenia, jakie zadał twojej astralności, były ogromne.
- Przepraszam... ja chciałam... chciałam go spytać, opanować... zawładnęła mną pycha...
- Żaden z mrocznych elfów nie ma prawa kontaktować się z tym demonem! - wykrzyknął mocnym głosem. - Czyż nie znasz legendy, która zawiera w sobie nie ziarno, a plew prawdy?!
Nemeyeth spojrzała na niego zmęczonym, lecz zdziwionym wzrokiem.
- A, tak... musiało mi się zapomnieć... - powiedział spłoszonym głosem. - To moja wina. Przepraszam. Posłuchaj. Wieki temu, gdy mój dziad był młodszy od Ciebie, po ziemi chodził dumny mroczny elf, Naroth. Był dzielny, mądry, silny. Idealny. Napotkał na swojej drodze upiora z tego rodu, z którego Ty napotkałaś upiora sześć dni temu. Tak, sześć, nie przerywaj mi! - uciszył gwałtowne bełkoty Nemeyeth. - Był od niego silniejszy, lecz postąpił niehonorowo... po pokonaniu upiora, wyszydził go. Demony, upiory... są wrażliwe na tym punkcie. Upiór zebrał wszelkie siły, czerpiąc ze źródła złości i odebrał moce Narothowi. Rzucił też klątwę na cały nasz szczep... każdy, kto spróbuje tknąć ich ród, zostanie zdeptany. Najgorsze jest to, że te upiory nie poprzestaną na tym, kto je ruszy. Odnajdą resztę jego szczepu i zabiorą wszystkim moce. Odnajdą bliskie osoby walecznego elfa i będą torturować te osoby na jego oczach. Czy tego chciałaś?!
Elfce zalśniły łzy w oczach na myśl, do czego mogła doprowadzić.
- Nie wiedziałam... Mistrzu...
- Postąpiłaś nierozsądnie - przerwał jej staruszek. - Lecz wygoniłaś go do świata cieni. Nie będzie nikogo nękać. Wie, że jesteś silną przeciwniczką... powiedziałbym, iż potężniejszą, niż Naroth w czasach jego świetności, lecz nie chcę wbijać cię w pychę.
Nemeyeth patrzyła na staruszka, który powoli wstał i bezszelestnie podszedł do wyjścia. W drzwiach odwrócił się.
- Pij wywar z ziół, który Ci dziś podałem. Wiesz, z jakich został stworzony, wyszkolona jesteś nie tylko w czarnej magii.
- Ildruinie... - zaczęła elfka.
- Tak, viisas?
- Już nigdy nie postąpię wbrew twej woli.
Starzec uśmiechnął się.
- Nie wątpię. Dostałaś niegorszą nauczkę od losu, co twój pra...pra...pra...pradziad. Tak, jesteś jego potomkinią - potwierdził, widząc zdziwienie w oczach elfki. - Na szczęście jesteś mądrzejsza i potężniejsza. Lecz niech pycha cię nie zgubi! - powiedział, po czym odszedł w dal.
- Niech gwiazdy Cię prowadzą, Ildruinie...

02. 7 days to the wolf

Nemeyeth kroczyła bosymi stopami po leśnej dróżce usypanej z ziemi oraz szarych kamyków, obramowujących ją. Ścieżka wiodła ją po zalesionym wzgórzu. Drzewa miały soczyście zielone liście, kora opinająca pnie była brązowa, świeża. Co jakiś czas rosły białe brzozy, z odpadającą skórką w wapiennym kolorze, obsypaną dookoła niczym płatki śniegu. Jasne słońce przebijało się poprzez luki między drzewami, padając na trawę i mech, doskonale miękkie, jak najlepsze lekarstwo dla stóp. Niebo prześwitujące pomiędzy liśćmi miało piękny, niebieski kolor, jak świeżo wydobyte brylanty. W lesie panowała cisza. Nawet najlżejszy powiew wiatru jej nie zmącił.
Po wielu cichych minutach Nemo wychwyciła swoimi elfimi uszami delikatny szum. Obróciła głowę w stronę, z którego dochodził. Dojrzała srebrzysty górski strumyk, spływający po skalnych schodach. W misie, która otworzyła się pod jednym z licznych maleńkich wodospadów, kwitły lilie. Ich płatki były białe, zaróżowione przy końcu, jak rumieńce, które wykwitają na policzkach młodej, zawstydzonej dziewczyny. Ich liście były zielone, a powierzchnię miały zaś pomarszczoną jak policzki staruszki. Delikatność i piękno biły od nich niczym promienie. Elfka podeszła bliżej. Krańce palców jej małej, szczupłej dłoni zanurzyła w wodzie. Włożyła je głębiej, nabierając wody i napiła się jej. Była chłodna i orzeźwiająca, tak, że wystarczyło kilka łyków, aby ugasić pragnienie. Wierzchem dłoni elfka otarła mokre usta. Jej wzrok nagle przykuł młody wilk, stojący na drugim brzegu leśnego strumyka.
Wilk był spory, jego futro było srebrzyste. Ostre, czarne pazury zwieńczały palce wielkich, silnych łap. Nemeyeth zauważyła, że wilk jest spłoszony jej obecnością, pomimo swojej wielkości i siły. Przyczyną tego okazał się cierń, boleśnie wpijający się w poduszkę przedniej lewej łapy. Sierść miał posklejaną od ciemnoczerwonej, zaschniętej krwi, która wciąż wydobywała się z rany, która musiała istnieć już długi czas. Wilk popatrzył na Nemo wilgotnymi oczami z nadzieją oraz strachem.
- Tule luokseni - powiedziała po elficku. - Podejdź do mnie, opatrzę Twoją ranę.
Elfka, oprócz czarnej magii, władała także żywiołem Ziemi. Potrafiła więc zapanować zarówno nad samym żywiołem, roślinnością, jak i również porozumiewać się ze zwierzętami związanymi z Ziemią.
Wilk ostrożnie przeskoczył przez strumyk, niefortunnie lądując na zranionej kończynie. Zaskomlał z bólu, gdy cierń wbił się głębiej w łapę.
- Ostrożnie, kultaseni. Teraz pokaż mi tę ranę.
Nemeyeth wzięła wilczą łapę w dłonie, zbliżyła do niej twarz, bez obawy, że wilk ją zaatakuje. Zaobserwowała, że cierń ma trzy końce, oraz, że pochodzi z trującej rośliny. Wbity był głęboko, jednak trucizna rozchodziła się bardzo powoli. Elfka oderwała trzy długie skraje materiału ze swojej sukni, jednym obwiązując łapę wilka mocno dwadzieścia centymetrów powyżej rany. Pogłaskała wilka po puszystym łbie, po czym drugi kawałek materiału dokładnie zmoczyła w strumieniu. Delikatnymi ruchami przecierała ranę, aby oczyścić ją z ziemi i małych kamyków, które się do niej dostały. Odrzuciła brudną już szmatkę, złapała za cierń i powoli, łapiąc za jego koniec, zaczęła wyciągać go z rany. Popłynęła świeża krew, a wilk pisnął.
- Spokojnie, spokojnie. Nie ruszaj się - uspokoiła zwierzę.
Dłonią zaczerpnęła wody ze źródła i polała ranę.
"W ten sposób nic nie zdziałam", pomyślała. "Muszę wyciągnąć kolec szybko, będzie go bardziej bolało, lecz pójdzie to szybciej i być może straci mniej krwi, niż gdybym wyciągała go powoli".
Ponownie złapała cierń, tym razem mocniej. Szarpnęła nim błyskawicznie, wyrywając go z rany. Wilk zawył i szarpnął ciałem, jednak elfka mocno trzymała go za łapę. Delikatnie rozsunęła brzegi rany i zaczęła polewać ją wodą ze źródła, aby wypłukać truciznę. Po dłuższej chwili łapa była oczyszczona. Nemo złączyła i przycisnęła brzegi rany. Ostatni, najdłuższy skrawek materiału z jej sukni miał posłużyć jako bandaż. Dokładnie i troskliwie owinęła łapę. Powoli też rozwiązała supeł, który zawiązała ponad raną i wzmocniła nim prowizoryczny bandaż. Wilk leżał chwilę, wyczerpany. Dziewczyna obejrzała cierń, po czym obmyła go w źródle i schowała do skórzanej sakiewki, którą nosiła przy pasie.
- Już po wszystkim, kultaseni. Możesz odejść.
Wilk uniósł się ostrożnie, oczekując fali bólu, która jednak nie nadeszła. Nachylił się nad strumieniem i łapczywie zaczął z niego pić. Gdy skończył, machnął ogonem i usiadł wpatrzony w Nemeyeth.
- No, o co ci chodzi, bestio? Łapa opatrzona. Możesz skakać do woli. - elfka odwróciła się i zaczęła odchodzić. Usłyszała za sobą ciche, ciężkie kroki. Odwróciła się. Ujrzała za sobą wilka, którego właśnie opatrzyła.
- Czego chcesz ode mnie? - zapytała zdziwiona. Wilk w odpowiedzi wskoczył na skalną półkę, na której płynął strumień. Jego kończyny, koniec ogona i pyska zrobiły się czarne niczym węgiel, a błękitne oczy zbielały. Wilk zawył głosem przenikającym do szpiku kości. Spojrzał elfce w oczy, a w jej głowie zaświtała myśl: "Ta bestia jest mi wdzięczna. On chce mi służyć".
Zwierzę zeskoczyło, podbiegło do dziewczyny, a jego sierść z powrotem stała się srebrna, gdy jego oczy ponownie były niebieskie. Stanął na tylnych łapach, a przednimi oparł się o klatkę piersiową Nemo. Była ona mrocznym elfem, a więc nie była zbyt wysoka. Wilk przewyższał ją o ponad głowę, gdy stał na tylnych łapach. Językiem dotknął jej czoła, owionął ją cudowny, słodki zapach.
- Jesteś magicznym wilkiem! I jeszcze chcesz mi służyć! - wykrzyknęła Nemeyeth. Była zadziwiona. Magiczne wilki zwykły być panami samych siebie. Służyły jedynie tym, którzy schwytali je w niewolę, co było prawie niemożliwe, poza tym były agresywne w stosunku do swoich właścicieli. Tymczasem ten wilk z własnej woli chciał jej pomagać.
Ich umysły w tym momencie się połączyły. Oboje wiedzieli, że będą wspaniałymi przyjaciółmi i pokochali się z całego serca. Elfka wtuliła się w wilka.
- Nadam Ci imię Peto. Bestia.
Odeszli razem leśną ścieżką, ramię w ramię, jak gdyby znali się od wielu lat.

środa, 7 maja 2014

01. Poisoned cupcake?

     Nemeyeth wkroczyła do sali balowej. Mieściła się w wielkim zamku, od wewnątrz zbudowanego z trwałego kamienia, w środku wyłożonego lśniącymi parkietami, kamienne ściany obwieszone były cennymi gobelinami, obrazami. W równych odstępach na korytarzach stały bogato zdobione rzeźby i popiersia. Sama sala była pomieszczeniem ogromnym, podłużnym. Bogato zdobione, kryształowe żyrandole dawały mocny blask, rozszczepiony po ścianach, na których było mnóstwo ozdób. Portrety, sceny, były tam nawet odbierające apetyt akty. W czterech kątach stały rzeźby półnagich, zasłoniętych jedynie długimi włosami kobiet, trzymających w dłoniach owoce. Na pierwszy rzut oka były takie same, jednak przyglądając się im można było zauważyć drobne różnice, jakby były siostrami. Na brązowym parkiecie położony był perski dywan, na którym stał bardzo długi stół. Miejsca przy nim zajęły jednak cztery osoby.
     - Witamy przybyłą Nemeyeth! - od stołu wstał gospodarz, starzec ubrany równie bogato, jaki był jego dom. - Cóż zajęło Ci tyle czasssu, minun rakasss? - spytał, przeciągając każde "s".
     - Pokornie upraszam o przebaczenie - pochyliła głowę, wystarczająco nisko, by uznać to za okazanie szacunku, niezbyt nisko, by nie odebrać tego jako służalczość. - Na mojej drodze stanęła niestety grupa wędrownych orków, poradziłam sobie z nimi szybko, lecz musiałam przywrócić się do porządku. Orkowie zniszczyli mi poprzednie ubranie, znacznie piękniejsze niż to, co przyodziałam po walce... - odpowiedziała zawstydzona, choć suknia mogła z powodzeniem służyć niejednej królewnie. Delikatne, koronkowe rękawy wystające z gorsetu, zasznurowanego koronkową wstążką, uwieńczona sięgającymi ziemi tiulowymi spódnicami. Całość czarna jak magia, którą elfka opanowała.
     - Rozumiem. Siadaj więc! - zachęcił pan domu, biorąc do ręki niewielki dzwoneczek, którym potrząsnął, aby przywołać służbę. Do komnaty wszedł tuzin młodych dziewcząt, wyglądających, jak pół ludzie-pół driady, niosących mnóstwo półmisków wypełnionych po brzegi pysznymi potrawami, które wyglądały równie pięknie, jak woniały i smakowały. Były tam potrawy, o jakich każdy mógł tylko pomarzyć. Mieniły się różnymi kolorami, od pięknych, złotych wędzonych ryb, poprzez brązowe dziki i kaczki w różnych sosach, zielono-kolorowe sałatki, błękitno-fioletowe dżemy i galaretki z owoców, różowe płaty steków z wołowiny, po czerwone wina i soki. Wszystkie kolory tęczy. Nemeyeth jednak w mieszaninie zapachów - tak różnej, choć jednorodnie komponującej się - wyczuwała niepokojącą nutkę. Skądś ją znała, jednak jej zawodna pamięć w tym momencie była bezużyteczna.
     Goście wzięli się za jedzenie. Rzucili się na nie dość łapczywie, mimo, że byli szlachcicami. "Ludzie", pomyślała pogardliwie Nemo i przysunęła sobie półmisek z kaczką w miodowym sosie. Odkroiła sobie niewielki kawałek, kładąc go na talerzu wykonanym z czystego złota, z pięknie wygrawerowanym herbem na środku. Do tego dorzuciła dwa niewielkie, żółte ziemniaki przypominające spore bryłki złota, oraz kilka sałatek. Kaczkę zamoczyła w sosie, jednak kładąc ją na języku odczuła ledwie wyczuwalną ostrą nutkę, którą ktoś niewprawny mógłby wziąć za przyprawę. Momentalnie odłożyła ją na talerz. Zerknęła na margrabię, który był gospodarzem. Zauważyła, że on także na nią spogląda, lecz odwrócił wzrok, jak gdyby nigdy nic. Rozejrzała się dookoła. Dwaj grubi szlachcice rozmawiali między sobą, hrabia rozmawiał z margrabią. Nemeyeth nalała sobie wina, lecz tym razem wyczuła jedynie delikatnie zmieniony zapach. Przyjrzała się każdej potrawie i już wiedziała.
     - A ty, moje dziecko... dlaczego nie jesz? - spytał łagodnie margrabia. - Czyżbyś nie była głodna?
     - Wybacz, panie - elfka skłoniła głowę. - Nie mam dziś apetytu.
     - Nalegam - powiedział z dziwną siłą w głosie.
     - Nie, margrabio - odparowała Nemo, wstając od stołu. - Dziękuję za gościnę, ale nie będę jadła zatrutych potraw.
     Na sali zrobiło się cicho. Głowy szlachetnie urodzonych zwróciły się w stronę margrabiego, który roześmiał się.
     - Miałbym was otruć?! Nie do wiary! Ta elfia panienka próbuje nas poróżnić!
     Nemeyeth porwała nóż ze stołu i trzasnęła nim o blat.
     - Ty stara gnido! Perfidnie śmiesz mnie oczerniać?! Wychodzę stąd... żegnam. - Nemo odwróciła się na pięcie i powędrowała w stronę wyjścia. Jednak zanim dotarła do drzwi, otworzyły się i weszła przez nie straż wezwana przez margrabiego innym dzwoneczkiem.
     - Proszę zabrać tę młodą damę, robi nam problemy - oznajmił lekceważącym tonem.
     Nemeyeth zrozumiała, że bez walki nie wyjdzie z zamku. Teraz liczyło się zaskoczenie. Pozwoliła, aby strażnicy ją zabrali z komnaty. Kątem oka zobaczyła, jak szlachetnie urodzeni osuwają się na ziemię - trucizna zaczęła działać - a margrabia znika. W obszernym korytarzu odepchnęła dwóch strażników na marmurowe popiersie. Każda sekunda była cenna, mimo, że odrzucenie nie było zbyt silne, dwaj z czterech strażników gramoliło się z ziemi. Jeden stał obok otępiały, elfka kopnęła go w piszczele i podcięła mu nogi. Jedyną silniejszą częścią jej fizyczności były właśnie uda i łydki, dzięki czemu strażnik powalił się na ziemię z okrzykiem przypominającym wrzask przerośniętego dziecka. Czwarty strażnik jednak miał trochę oleju w głowie i rzucił się na nią, uderzając ją w brzuch. Spotkał jednak rozczarowanie, gdyż gorset był na tyle mocno zasznurowany, że zniwelował uderzenie. Mięśniak gapił się z rozdziawioną paszczą na swoją dłoń i na brzuch Nemeyeth, dzięki czemu szybkim, płynnym ruchem wyciągnęła z cholewy buta zatruty sztylet. Wbiła mu go w podbrzusze, mocnym ruchem szarpnęła do góry i  wyrwała broń z rany przeciwnika.
     - Cholera, ubrudziłeś mi sukienkę! - wrzasnęła patrząc, jak ciemnoczerwona posoka zalewa jej spódnice i tryska na gorset. Przeciwnik padł na ziemię, lecz ci rzuceni na popiersie zbliżali się już do niej. Schyliła się więc do zabitego, po czym rozszerzyła ranę sztyletem i sięgnęła po... jelita. Nie brzydziła ją anatomia, nauczanie słabo zaawansowanej medycyny także wchodziło w skład jej edukacji, początkowo zresztą chciała zostać elfią medyczką.
     - Ta mała jest jakaś popieprzona! - wykrzyknęli zbliżający się strażnicy. Trzeci, do tej pory otępiały po kopniaku, zwymiotował z obrzydzenia. "Psy, nie obraża się mrocznych elfów bez konsekwencji!", pomyślała Nemo i mocnym szarpnięcie wyciągnęła resztę zakrwawionych jelit, odcinając sztyletem połączenie z resztą narządów. Splątane trzewia rzuciła im pod nogi. Zadziwiona patrzyła, jak łatwo idioci przewracają się na ziemię.
     Nie miała przy sobie kostura, przez co jej umiejętności czarnej magii były ograniczone. Dostępu do ziemi też nie miała, nie mogła więc przywołać swojego żywiołu. Podeszła do strażników.
     - Chcecie żyć, prawda? - spojrzała na nich, odmieniona. Z niskiej elfki o przeciętnej, łagodnej urodzie, sprawiającej wrażenie drobnej, bezradnej księżniczki przemieniła się w prawdziwą mroczną elfkę. Zielono-szare oczy rozjarzyły się, skóra pobladła jeszcze bardziej, niż zazwyczaj, włosy skołtuniły się, rozwiane wokół twarzy okalały plecy i piersi. Z całej postaci biła mroczna, krwawa aura. - Jeśli stąd odejdziecie teraz, zostawię was w spokoju. Nie lubię zabijać bez potrzeby, chcę tylko wydostać się z zamku.
     - Twoje niedoczekanie, kochanie! - usłyszała śmiech dochodzący zza jej pleców.To margrabia, rozbawiony rymem stał na końcu korytarza i powoli się zbliżał. Strażnicy zaczęli bełkotać słowa przeprosin. - Zmykajcie stąd! Nie chcę was oglądać, wy... kretyni! Jak można dać się złapać małej elfce! Ona nawet nie ma trzystu lat!!!
     - Będę miała już wkrótce - prychnęła pogardliwie. Trzej strażnicy, potykając się o jelita, wymioty, krew i własne nogi, odbiegli w stronę wyjścia. - Ty zaś jesteś stary i głupi. Jak mogłeś zaprosić mrocznego elfa na zatrutą ucztę? Wszakże to my jesteśmy mistrzami trucizn! Rozpoznam każdą, nawet taką bez woni i smaku! Jestem odporna na ponad połowę z nich! Tracisz zmysły na starość!
     Margrabia przystanął i złapał się za głowę.
     - Trucizna... na wszelkie bogactwo świata, całkowicie zapomniałem! - wybuchnął śmiechem. - Jak mogłem zapomnieć o tak istotnej rzeczy?! No, w takim razie musi dojść do otwartej walki! Ale, ale... dlaczego nie szanujesz starego człowieka, wypominając mu słabostki ludzkiego wieku? - sięgnął po wiszący na ścianie łuk z kości słoniowej. Drugą ręką wziął z kołczanu wiszącego pod łukiem strzały. "Ma większe pole do popisu", pomyślała Nemo. "Bez kostura ciężko będzie mi wygenerować większą energię, on zaś, z tego, co słyszałam, jest perfekcyjnym strzelcem. Muszę więc liczyć na rzeźby...".
    Starzec nie spieszył się. Sprawdził cięciwę, przyłożył strzałę, stanął w lekkim rozkroku, wysuwając lewą stopę do przodu. Wycelował w Nemeyeth. Strzelił. Elfka zareagowała instynktownie, rzuciła się na ziemię, uderzając głową o podłogę. Strzała przeleciała wysoko nad nią, lecz teraz starzec nie czekał. Od razu wycelował strzały w Nemo i wypuścił je. Dziewczyna rzuciła się w bok. Rozpoczął się śmiertelny taniec. Nemeyeth nie miała chwili wytchnienia, przetaczając się z jednej strony w drugą. W końcu rozpaczliwie rzuciła się za większą rzeźbę.Strzała przeleciała o cal od jej nosa, w ostatniej chwili cofnęła głowę, gdyż inaczej strzała trafiłaby w skroń. Skoncentrowała się. Aby rzucić najprostsze zaklęcie, powodujące bolesne cierpienie przeciwnika, potrzebowała jej niewiele. Szybkim ruchem wyskoczyła zza posągu. Uniosła dłonie, cofnęła je przykładając zewnętrzną stroną do piersi, po czym wypchnęła je do przodu. Razem z nimi wystrzeliła niewielka kulka czerwonej energii. Trafiła w brzuch starca, który zaskoczony nie zdążył się osłonić. Widziała, jak jego twarz zmienia się z bólu, lecz... nie zrezygnował z ostrzału. Postanowiła więc rzucić na niego klątwę spowolnionych ciosów. Wykonała podobny gest, lecz najpierw wypchnęła jedną dłoń, a dopiero po chwili drugą. Tym razem dwie fioletowe kule energii popłynęły w stronę margrabiego. Trafiła go tylko jedna. Dało to efekt, jakby ktoś puścił film w tempie zwolnionym o połowę. Mając dodatkowe sekundy, postanowiła rzucić zaklęcie zarazy i samobójczego cierpienia. "Wykończę cię własnym pomysłem", myślała, rzucając zarazę. Klątwa ta powodowała, że przeciwnik w przeciągu ułamka sekundy zostaje zarażony straszliwą chorobą wyniszczającą jego ciało, odbierającą mu życie. Połączona z samobójczym cierpieniem - tak strasznym, że człowiek myśli jedynie o odebraniu sobie życia - dawała wspaniałe efekty. Nemo, zbierając w sobie energię, poczuła się wyczerpana. Wiedziała jednak, że nie może odpuścić. Rzuciła klątwy, powalając tym starca na ziemię. Słyszała jego bolesne, błagalne jęki, gdy patrzył na swoje gnijące w okamgnieniu ciało. Trwał w agonii. Elfka odwróciła się, chciała wyjść już z zamku. Towarzyszyły jej tylko krzyki starca. W progu odwróciła się, by zapytać, dlaczego chciał ją otruć... lecz poczuła tylko ból przeszywający ją na wysokości prawego żebra. Starzec w ostatnim akcie rozpaczliwej zemsty odszedł z łukiem w dłoni. Zdążył jeszcze wypuścić jedną strzałę, która zapewne przebiłaby serce, gdyby nekromantka się nie odwróciła.
     - Widzisz! Nawet ten plan zawiódł! - wykrzyknęła z goryczą w głosie. Ułamała strzałę, pozostawiając w sobie tylko grot. Wyszła z zamku. Nie wyciągała ostrza z rany, gdyż wiedziała, że nie może się do niej dostać tlen. Za murami zamku założyła bandaż zabezpieczający ranę i wystający z niej grot. Tym razem gorset też był pomocny. Gdyby nie on, strzała przebiłaby jej drobne ciało na wylot.

niedziela, 4 maja 2014

00. The end, the songwriter's dead.

Dla moich stałych czytelników - wiecie o mnie wszystko z mojego głównego bloga.
Dla nowych czytelników - których mam nadzieję, że przyciągnę - powiem tylko, iż jestem Nemeyeth, mroczna elfka, wkrótce będę miała 332 lata. Wielbię pisać, rysować, śpiewać, grać. To musi Wam wystarczyć.
Ten blog będzie służył do zamieszczania na nim opowiadań. Krótkich, nie powiązanych ze sobą.
Czasem po prostu potrzebuję coś napisać.