sobota, 31 maja 2014

05. Dúlindir, czyli gdyby Nemo była bardem...

     Wiele dni wędrówki poświęciłem na dotarcie tej zapyziałej mieściny, do której właśnie wkroczyłem. Już od fosy uderzył mnie wstrętny odór. Woda w niej była żółtawo-zielona, na jej powierzchni unosiły się różne obrzydlistwa. Raz niezidentyfikowany przedmiot, nieco dalej zauważyłem kształt do złudzenia przypominający ludzką dłoń, gdzieś indziej pływały pewne grudki... Cóż za ohyda!
     Przeszedłem przez bramę. Zatrzymał mnie strażnik. 
      - Młodzieńcze, dokąd to? Masz glejt, który pozwala Ci wejść w obrąb miasta? 
      - Jestem Dúlindir, wędrowny bard. Nie mam glejtu, lecz zapewniam, iż nie zamierzam wywoływać burd w mieście. 
     Strażnik roześmiał się dudniącym głosem. i klepnął mnie w ramię. Odsunąłem się, lecz on tego nie zauważył. 
      - Każdy tak mówi! Ale skoro jesteś bardem, odpuszczę ci. - nachylił się konspiracyjnie do mojego ucha. Kiedy zaczął mówić przyciszonym głosem, do moich nozdrzy dotarł zgniły smród wydobywający się z jego jamy ustnej. - Musisz sprawdzić karczmę "Pod Miodowym Dzbanem". Mają tam dobre piwo... i piękne panie do towarzystwa! - mrugnął, zadowolony, że daje mi porady. Uśmiechnąłem się tylko i odszedłem. 
     Krążyłem zatłoczonymi uliczkami, próbując dostać się do rynku. Kupcy próbowali namówić mnie do kupna ich wątpliwego towaru, jeden rzezimieszek usiłował ukraść mi sakiewkę, lecz złamałem mu palce. Krzyknął przeraźliwie i uciekł. 
     W końcu znalazłem się na rynku. Stanąłem w odległości stu kroków od pręgierza, twarzą nań skierowaną. Zawsze lubiłem podziwiać architekturę miast, a ten pręgierz był istnym majstersztykiem. Kamienny, rzeźbiony. U jego stóp były wykute płomienie, wyglądające, jakby ktoś skuł je lodem w momencie najgorętszego ich gorzenia. Sięgały one mniej więcej dwóch metrów. Kolejne dwa metry były wyrzeźbione w twarze przedstawiające bolesne męki wypisane na nich. Pręgierz zwieńczała tabliczka z napisem "Dolor est salus", co w mowie wspólnej znaczyło "Cierpienie jest zbawieniem". 
     Położyłem pokrowiec lutni na bruku, stawiając na niego niewielką skrzyneczkę, do której ludzie mieli wrzucać monety. Odchrząknąłem, sprawdziłem struny lutni i zacząłem grać energiczną melodię, która szybko wpada w ucho. Po chwili zacząłem śpiewać. 

Samotny bard powędrował w świat,
Artysta, odkrywca - to właśnie ja. 
Przeżyłem i widziałem już w życiu wiele:
Głębiny mórz i smocze gardziele, 
Rycerzy przechytrzonych przez brzydkie czarownice, 
Nimfy, driady - piękne dziewice. 
Wędrowałem po zamkach startych przez czas, 
Aż na końcu dotarłem tutaj, do was.

Przemierzałem lasy, różne doliny, 
Wyżyny, równiny, jeziora i kotliny. 
O skarby i majątek zanadto nie dbałem, 
Choć nawet wam się nie marzy, co w dłoniach trzymałem. 
Serca pięknych dam wielokrotnie łamałem, 
Gdyż duch podróżować chciał - przy nich nie pozostawałem. 
Los wielu zależny był tylko ode mnie, 
Czy bard mnie uratuje, czy z przepaści zepchnie? 

Przyjaciół tylu mam ilu wrogów, 
Przekraczałem już w życiu wiele progów.
Teraz wam śpiewam o moich dziejach, 
W sercach waszych niech kwitnie nadzieja -
Bo czy kto starym, czy młodym jest, 
Każdemu pisana jest własna powieść. 
Każdy z was może bardem zostać, 
W pamięci innych na długo pozostać.

     Piosenkę pisałem sam. Nie należała może do wygórowanej, wykwintnej poezji, lecz gawiedź zawsze była nią zachwycona, w odpowiednich momentach dośpiewywali nawet: "hej!". Po piosnce zaczęli wrzucać monety do skrzynki i poprosili o bis. Uśmiechnąłem się skromnie, lecz zaśpiewałem inną przyśpiewkę. Równie skoczną, lecz jej tekst znał każdy. 
     Mam głęboki głos, którego mogłoby pozazdrościć nawet grono najlepszych śpiewaków. Urodziłem się w lasach północy, jestem elfem, więc moje struny głosowe są przystosowane trochę inaczej. Od dziecka wielbiłem śpiewać. W naszej wiosce byli tylko trzej bardowie: dwaj starzy, pamiętający jeszcze czasy Wojny Między Rasami, oraz jeden w średnim wieku, który niestety często wędrował i zdołał dać mi zaledwie trzy lekcje śpiewu. Większości nauczyłem się sam, z niewielką pomocą jednego ze starych bardów. Mój najlepszy przyjaciel, Raonull, dzielił ze mną tę pasję. Oboje spędziliśmy wiele wieczorów na ćwiczeniu strun głosowych. Wiele razy jeden zazdrościł drugiemu, tak jak i wiele razy jeden beształ drugiego. Któregoś dnia, jeszcze jako niesforni młodzieńcy, poszliśmy podglądać młode elfki, które bawiły właśnie nad jeziorem, w którym kąpały swoje nagie, smagłe ciała. Siedzieliśmy na drzewie, wpatrując się z opadniętymi szczękami na to, jak dobrze się bawiły. Jemu podobała się każda, mi podobała się ta jedyna... W pewnym momencie Raonull spadł. Tak niefortunnie, że złamał sobie kark. Zadziwiające, prawda? Choć jesteśmy ulepieni z twardej gliny, Raonull zawsze był delikatniejszy. Często łamał swoje kości przez byle potknięcie się. Wtedy byłem na siebie zły. Zeskoczyłem z drzewa. Chciałem go uratować, choć widziałem, że było za późno. Dlaczego zgodziłem się, byśmy je podglądali na tym drzewie?! Gdyby nie to... mój najlepszy przyjaciel... przeżyłby. Mieliśmy wyruszyć razem w świat. Pocieszam się tym, że nawet nie poczuł bólu. Płakałem, niosąc jego ciało do wioski. Od tamtej pory wiele się we mnie zmieniło. Częściowo obwiniałem elfki o jego śmierć. Nigdy więcej nie spojrzałem na żadną dwa razy. Niektóre elfy nawet niekiedy szydziły, że mam inne upodobania. Jeden posunął się do tego, że w gronie naszych wspólnych znajomych powiedział do mnie, że zamiast opłakiwać swojego martwego kochanka, powinienem znaleźć sobie jakąś elfkę. Wtedy straciłem nad sobą panowanie. Rzuciłem się na niego i zaczęliśmy się bić. Wygrałem. Nikt więcej nie śmiał rzucić takiej uwagi w moim towarzystwie. Za plecami także nie. 
     Piosenka nie była płochymi przechwałkami. Wielokrotnie łamałem serca zarówno dzierlatek, jak i wdów. Wysoki, przystojny, długowłosy blondyn z oczami brązowymi jak świeża kora, o cerze białej jak mleko. Dobrze zbudowany, choć bardzo szczupły. Potrafię zagrać na każdym instrumencie, choć na niektórych idzie mi gorzej. 
     Po kilku piosenkach moja skrzyneczka była wypełniona w większości srebrnikami i miedziakami, lecz ludzie obdarzyli mnie także wieloma złotymi monetami. Wsypałem je do prawie pustej sakiewki i spytałem się kogoś o godną polecenia karczmę. Od razu wiele osób skierowało mnie do "Miodowego Dzbana". Czyżby strażnik miał rację? 
     Kiedy tylko przekroczyłem jej progi, uderzył mnie zaduch - gorące powietrze wymieszane z zapachem ciał, piwa, spalonego jedzenia... westchnąłem w duchu. Podszedłem do lady. Karczmarz przypominał małego, tłustego prosiaka. Zamówiłem wino. Otrzymałem je po chwili. Było wyśmienite! Kolorem przypominało tętniczą krew, było chłodne i orzeźwiające, a jego lekko słodki smak otulał język niczym rajski puch. Tego było mi trzeba! Wypiłem pół butelki. Zazwyczaj stronię od trunków, lecz to wino było cudem. Następnie zamówiłem kufel piwa i przysiadłem się do jednego ze stołów, oblężonych przez gromadę pijących, dowcipkujących i rozgadanych mężczyzn. Włączyłem się w rozmowy. Najlepszym sposobem pozyskania informacji jest zaprzyjaźnienie się z ludźmi i skłonienie ich do wyjawienia informacji. Pomimo mojej niechęci do ludzi, zawsze szybko ich sobie jednoczyłem. 
     Niewielu wie, kim są tak naprawdę bardowie. Potoczną opinią jest, że jesteśmy wędrownymi grajkami, utalentowanymi podróżnikami. Jest to tylko połowa prawdy. Jesteśmy szpiegami, skrytobójcami, którzy łączą pasję z morderczym zawodem. Do tego miasta przybyłem z zadaniem zabicia jednego ze szlachciców, który naraził się mojemu zleceniodawcy poprzez niepłacenie daniny oraz złamanie danego mu słowa. 
     Co chwilę włączałem się do rozmowy. Wypytywano mnie o moje przygody. Opowiadałem o nich, manipulując słowami tak, aby myśleli, że jestem tylko przechwalającym się włóczęgą. W pewnym momencie jeden z nich spytał: 
      - Ty, właściwie, to jak masz na imię? Bo jakoś żem nie spamiętał. Ja to wiesz, jestem Tomcio Zachlana Morda. - zachichotał. Popatrzyłem z udawanym podziwem. 
      - Jestem Dúlindir. - zgromadzeni chłopi popatrzyli po sobie, jakbym nagle oznajmił, że jestem latającą Wróżką-Zębuszką. 
      - Tulimir? Że co? 
      - Dúlindir - powtórzyłem. - Z elfiego języka oznacza to "słowik" i "młody mężczyzna". Można powiedzieć, że moje imię oznacza młodego słowika. 
      - No ta, w sumie to masz fajny ten swój głosik! A znasz balladę o "Cycatej Mariannie"? Może zaśpiewamy, co? - odezwał się Tomcio. 
      - Nie sądzę. Nie lubię tego typu przyśpiewek. - zgasiłem Tomcia, który nadąsał się na chwilę, lecz po paru sekundach sam zaczął mamrotać pod nosem tę piosenkę. Co prawda nie do rytmu, ale tekst znał cały. 
      - Patrz, patrz! Ta mała od Agnessów obserwuje cię! - powiedział do mnie pijany mężczyzna siedzący po mojej prawej stronie. Rozglądnąłem się obojętnie. W karczmie było sporo ładnych i tych mniej pięknych pań, każda z nich miała a to żółtą wstążkę, a to żółte buciki, kolorem oznaczając swoją profesję - kurtyzany. Biuściaste kuchareczki obsługiwały gości przynosząc im jedzenie, jedna z nich obsługiwała klientów pod stołem... co robiła, można było wywnioskować jedynie z odgłosów, jakie wydawał. Choć nikły w szumie głośnych rozmów sporego pomieszczenia, zrobiło mi się niedobrze. W końcu mój wzrok napotkał dziewczynę, o której mówił mój nietrzeźwy kompan. Niewysoka, szczuplutka dziewczyna o pięknej, jasnej karnacji spoglądała na mnie wielkimi, zielonymi jak pistacje oczami. Jej brązowe włosy upięte były w niechlujny kok na czubku głowy, pojedyncze falowane pasma, niesfornie uciekając z fryzury, opadły jej na piersi. Ubrana była w poniszczoną, brudną prostą sukienkę, lecz nawet w niej wyglądała pięknie. Wyglądała na jakieś szesnaście lat Gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, spuściła wzrok. 
       - Kim ona jest? - spytałem beznamiętnym tonem. 
       - To Lena Agness. Córka dawnych szlachciców. Najmłodsza z rodziny. Chcieli sprzedać ją na targu niewolników, lecz karczmarz z żoną przyjęli ją i traktują jak własną córkę. Co prawda luksusów nie ma, lecz lepiej jej tu, niż w rodzinnym domu. 
      - ...choć ciało moje nie chciało, Mariannie wciąż było mało! - zawył Tomcio Zachlana Morda, coraz głośniej śpiewając swoją balladę. Posłałem mu mordercze spojrzenie, lecz nawet go nie dostrzegł, tylko nucił dalej, najwidoczniej zapominając tekstu. 
      - Dlaczego lepiej? - spytałem, kontynuując rozmowę, lecz mój towarzysz dołączył do Tomcia, całkowicie nietrzeźwy. Dałem mu spokój i spojrzałem na dziewczynę. W tym samym momencie zaczepił ją jakiś obleśny pijak. Nie słyszałem, co do niej mówił, lecz widziałem, że złapał ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie, drugą rękę kładąc na jej pośladkach. Próbowała się wyszarpnąć, lecz była za słaba. Nie mogłem nie zareagować. Podszedłem do nich. 
      - Puść ją, albo się doigrasz! - wykrzyknąłem. Pijak osłupiał, po czym wybuchnął śmiechem, ukazując swoje spróchniałe resztki zębów. 
      - Ty śmiesz mnie grozić, chłopcze? - zaśmiał się ponownie. - Co mi zrobisz? Chlaśniesz po twarzy tymi swoimi zniewieściałymi kudłami? A może zaśpiewasz mi balladę, która mnie tak wzruszy, że wybuchnę płaczem?! - razem ze swoimi kompanami śmiał się do rozpuku. Dziewczyna szarpała się przerażona. Podszedłem bliżej i uderzyłem go w twarz. Złamałem mu nos. Pijak ryknął rozzłoszczony, rzucając Lenę. 
      - Idź pod ścianę i nie ruszaj się! - wyszeptałem prosto do jej uszu, gdyż udało mi się ją w ostatniej chwili uchronić przed upadkiem. Posłusznie pobiegła pod ścianę. 
      - Ty... ty gnido! Nie wiesz, kim jestem! Jestem hrabia Devoilage herbu trzyrogiej kozy! - wykrzyknął, trzymając się za nos. Devoilage! Nie wierzyłem we własne szczęście. To jego miałem zabić! Błysnęła mi myśl w głowie. 
      - Upraszam o wybaczenie, mości hrabio - powiedziałem łagodnym tonem, skłaniając się. - Możliwe, iż poniósł mnie mój ognisty temperament, lecz nie znoszę takiego traktowania pięknych, młodych dam. Hrabia winien obściskiwać szlachcianki, a nie pierwsze-lepsze piękne pomocnice w karczmie. 
      - Ty mi tu, kundlu, nie mów, kogo mam obściskiwać, a kogo nie - wymamrotał naburmuszony hrabia, ocierając krew spod nosa. Ostentacyjnie się odwrócił, wracając do libacji. 
     Powoli tłum, który nagle ucichł, przywrócił dawny szmer. Podszedłem do młodej dziewczyny. Patrzyła na mnie onieśmielona. 
      - Dziękuję, panie, uratowałeś mnie przed tym tyranem... - powiedziała nieśmiało cichym głosem przywodzącym na myśl dźwięki dzwoneczków. 
      - Każdy na moim miejscu uratowałby tak piękną dziewczynę. - uklęknąłem, by ucałować jej dłoń. Nie dała mi jej. Poczułem się pusty w środku. Wstałem, zapewne zarumieniony, ukrywając, że się zawiodłem. 
      - Każdy? Tylko ty, panie, obroniłeś mnie. Inni nie ważyliby się. Takie sceny są tu na porządku dziennym. 
      - Leno... - zarumieniła się, słysząc, że znam jej imię. - Nie jestem żadnym panem. Jestem bardem. Mam na imię Dúlindir i proszę, mów tak do mnie. 
      - Dobrze... Dúlindirze. - moje ciało przeszyła dziwna radość, gdy słyszałem, jak jej usta pieszczą moje imię. 
      Nigdy nie wierzyłem, że można zakochać się od pierwszego wejrzenia. Nigdy nie wierzyłem, że mogę zakochać się w ludzkiej dziewczynie. Odszedłem, nie chcąc, by wyczytała cokolwiek z moich oczu. Jej wzrok palił moje plecy. Podszedłem do karczmarza z pytaniem, czy mogę zaśpiewać piosenkę. Zgodził się, lecz powiedział, iż nie gwarantuje, że każdy będzie mnie słuchać. Nie przeszkadzało mi to. Wpadła mi do głowy nagle, kierowana była do jednej osoby. Wskoczyłem na boczny stół, strącając nogami kufle ze śmierdzącą nalewką. Wziąłem swoją lutnię i z drżącym sercem spojrzałem w oczy Leny. Zacząłem śpiewać. Z początku niepewnie, lecz z czasem coraz pewniej. 

 Urodzony w lesie śnieżnym na północy, 
Zwykłem zgadywać z oczu bez pomocy 
Jaką kto ma duszę, twarz wszystko powie;
Dusza nie idzie w parze ze słowem. 
Z zielonych oczu potrafię strach wyczytać, 
Brązowe włosy mogą mój szlak wytyczać, 
Biała cera chmury śniegu przypomina, 
Jak płatki róż usta ma smutne, 
Lecz szczęśliwiec, dla którego jest jutrem. 
Wiele piękna ta duszyczka skrywa, 
Choć pod maską uśmiechu cierpienie ukrywa, 
Pragnie szczęścia i spokoju. 
Gdy nastaną czasy pokoju, 
Młodzieńczą żwawością po łąkach przebiegnie, 
Żadnym pokusom nigdy nie ulegnie, 
O, nieskażona czystości! 
Czy dasz mi zaznać jej miłości? 
Czy niewolnica pokocha barda, 
Czy jego dusza jej miłości jest warta? 
Mroczny artysta nigdy na kobiety nie zważał, 
Przed miłością się wystrzegał, na nią uważał
Lecz ona zmieniła go nie do poznania, 
Zakochał się od pierwszego spotkania, 
Gdy zaszczyciła go zielonym spojrzeniem, 
Stała się jego marzeniem. 
Wędrowna jest bardów natura, 
Lecz bez niej w jego sercu - dziura. 
Gdy odejdzie, jego myśli przy niej pozostaną, 
Lecz gdy będzie, czy jego usta jej wargi dostaną?
Lepiej, by od stali miecza został zgładzony, 
Niż inna dziewczyna zajęła miejsce jego żony.
Powiesz: pochlebca, każdej to śpiewa, 
Lecz ty pierwsza podarowałaś mi kawałek nieba. 
Boli na ciebie samo spoglądanie, 
Gdyż bycie razem zapewne nie jest nam pisane. 
Jeśli kiedyś tu wrócę, prędko cię odszukam. 
Serca nie ochronię, uczuć nie oszukam, 
Stałaś mi się bliska jak dotąd nikt inny, 
Odchodząc uśmiercam uczucia, czuję się winny...

     Zszedłem ze stołu, bojąc się spojrzeć w jej oczy. Byłem zły na siebie za jakość rymów. Hrabia Devoilage zaśmiewał się z kompanami, moi współtowarzysze kufla wykrzykiwali ludowe przyśpiewki. Podszedłem do lady, by zamówić wino. Najlepsze, jakie było. Poczułem, że ktoś kładzie dłoń na mojej głowie. Odwróciłem się. To była Lena. Uśmiechała się nieśmiało. 
     - Kiedy... musisz wyjechać? 
     - Jeszcze dziś, Leno. - westchnąłem, wciąż patrząc w jej nieprzeniknione szmaragdy oczu. 
     - Wróć szybko... proszę. - nachyliła się. Serce zatrzymało mi się na parę sekund... pocałowała mnie w usta! Szybko, delikatnie jak trzepot motylich skrzydeł. Obdarowała mnie jeszcze jednym uśmiechem i pobiegła do swojej izby, która znajdowała się zapewne na piętrze, nad karczmą. Nie mogłem się otrząsnąć. Świadomość, że tak naprawdę nigdy jej nie zobaczę, odbierała mi siły. Poczułem mokrą substancję spływającą po mojej twarzy. Dotarło do mnie, że płaczę. 
     Wyszedłem z karczmy. Musiałem zaczekać, aż Devoilage będzie wychodził za potrzebą, lub wracać do domu. Koczowałem nieopodal karczmy pół dnia. Zaczęło się ściemniać. Wyszedł. Podążyłem za nim. Hrabia zataczał się, dość upity. Skręcił w zaułek, by się załatwić. Kulturalnie poczekałem, aż skończy. Schował swój interes i odwrócił się. Zachodzące słońce świecące zza moich pleców oślepiło go. 
      - Kto t-ty? Kim jezdeś? - czknął. 
     Podszedłem bliżej, zatykając mu usta brudną szmatą. Wyciągnąłem zza pazuchy strzykawkę wypełnioną paraliżującą trucizną. Wbiłem mu ją w tętnicę szyjną. Hrabia próbował krzyknąć, lecz trucizna ma błyskawiczne działanie, które podwaja skuteczność, kiedy dostanie się do krwiobiegu. Padł bezładnie na ziemię. 
     - Nigdy więcej nie tkniesz żadnej dziewczyny, a w szczególności Leny. Nie będziesz w stanie. Tak przy okazji... to, że za chwilę cię zabiję, to nic osobistego. Zapłacił mi za to twój dawny sojusznik, Baron Rottaville. Pamiętasz go? Złamałeś daną mu obietnicę, jednocześnie przestałeś płacić mu daninę. Namieszałeś, Devoilage. Dobranoc. Spotkamy się w piekle. - wyciągnąłem sztylet i przebiłem mu serce. Krew z ostrza wytarłem o jego płaszcz. Ciało zakryłem jakąś płachtą, leżącą w kącie, na którą sam hrabia przed dwoma minutami nasikał. Wzdrygnąłem się z obrzydzenia, opuszczając zaułek. Ależ ci ludzie obrzydliwi. 
     
     
     Nigdy więcej nie zobaczyłem Leny. Nie mogłem wrócić. Wierzyłem, że z czasem moje uczucie wygaśnie, jednak po nocach śniłem o niej. Kim była Lena? Z pewnością nie była człowiekiem. Dostrzegłem to, gdy zbliżyła się, całując mnie. Jej usta były trupio zimne. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ostatni krzyk złapanej duszy.