Był to wyjątkowo ciepły letni wieczór. Wiatr przeczesywał zielone liście w lesie, niczym palce dziewczyny przeczesujące włosy ukochanego. Niebo nie skalała nawet najmniejsza chmurka. Gwiazdy migotały spokojnie z granatowej przestrzeni, nieśmiałe promienie błękitnego tej nocy księżyca zaglądały na leśną polankę, na której zebrała się niewielka gromada elfich nomadów.
Ognisko trzaskało wesoło, pomarańczowe płomienie wzbijały się w górę w dzikim tańcu, wyrzucając w powietrze płatki popiołu. Wokół ognia siedziała trójka osób. Wszyscy widzieli się pierwszy raz na oczy. Po spożyciu potrawy przygotowanej przez jedną z nich, spoczęli na trawie i zaczęli opowiadać sobie o swoich wędrówkach i przygodach. Po długim czasie, obfitym w interesujące powieści, temat zszedł na legendy każdego rodu obecnych tu elfów.
Fainauriel, elfia wojowniczka, pochodziła z południa. Jej szczep związany był z Żywiołem Ognia. Była elfką dość energiczną i wesołą, jednocześnie otulał ją woal wdzięku. Była średniego wzrostu, miała śniadą karnację, kilka piegów, oczy wyglądające jak dwa bursztyny idealnie pasowały do jej włosów, czarnych z rudymi pasemkami, które sięgały do łopatek. Postrzępione nadawały wrażenie gasnących wśród popiołu płomyków. Była ubrana w lekką, skórzaną zbroję. Krótki miecz leżał zawsze w pobliżu niej. Była charyzmatyczna i zwinna, lecz nie miała wielkiego talentu do opowiadania.
- Cóż mogę powiedzieć o swoim plemieniu? Przyznam, że nie słuchałam za bardzo, gdy mentor mi to opowiadał, ale... Podobno była kiedyś jakaś elfia księżniczka, całkowicie ruda, w której zakochał się ludzki wojownik o włosach czarnych jak... jak sadza. Ona odwzajemniała jego uczucie, ale nie mogli się połączyć, gdyż doprowadziłoby to do obopólnej klęski. Król, jej ojciec, chciał wydać ją za elfa z plemienia wody - jej spojrzenie padło na jednego z obecnych elfów. - Zaręczył ją bez jej zgody. Ona nie chciała tamtego elfa. Miało to przynieść korzyść królestwie, lecz ona nie myślała o tym. Którejś nocy wyskoczyła ze swojej wieży i pobiegła w umówione miejsce, w którym miała spotkać się z ukochanym. Naryfiel, bo tak się zwała, rzuciła się w ramiona ukochanego Taurina. Pisana była mu jakaś tam szlachcianka z dobrego domu. Oczywiście chciał być tylko z Naryfiel. Postanowili więc, że popełnią samobójstwo, razem. Po gorącej nocy, którą spędzili w swoich objęciach - Fainauriel spojrzała znacząco na wszystkich - wypili wcześniej odpowiednio spreparowane, zatrute wino.
Wśród elfów nastała cisza. Kolejną osobą, która podjęła się opowiadania, był elf pochodzący z plemienia graniczącego ze szczepem Fainauriel. Był on magiem Żywiołu Wody, z którym związane było pochodzenie jego plemienia. Mornenion był bardzo wysoki. Miał włosy w kolorze siana i błękitne oczy. Miał dobrze zbudowaną sylwetkę, silne, zwinne dłonie. Ubrany był nie w szatę, jak większość magów, a w lekką zbroję z nieznanego innym materiału, który połyskiwał w odcieniach niebieskiego. Obok miał kostur, biały, z szafirem wciśniętym głęboko w drewno.
- Naszą historią - odezwał się głębokim basem. Miał uspokajający ton, przywodzący na myśl leniwe pluskanie rzeczki, która rozzłoszczona zbyt gwałtownymi opadami deszczu zmienia się nie do poznania. - jest opowieść o potędze mojego przodka. Zabawne, prawda? Plemię Ognia, znane z pociągu do władzy, mają legendę o miłości, my z kolei, spokojne Plemię Wody mamy opowieść o potędze - przetoczył wzrokiem po zebranych. - Potędze, która zgubiła najdoskonalszego z nas. Nie będę zanadto rozwodził się nad tym. Mój przodek uległ żądzy, która zgubiła go. Jego, a także prawie cały szczep, co było wynikiem jego niedopatrzenia - Mornenion spojrzał w dal, najwyraźniej zamyślony. Obecni spoglądali ciekawie, lecz nic więcej nie usłyszeli. - A ty, Nemeyeth? - spytał kulturalnie elfki, która tak bardzo różniła się od nich. Miała wszak jasną karnację, długie włosy w kolorze ciemnego brązu i kontrastujące z nimi zielone oczy, skrywające obietnicę jakichś tajemnic. W dodatku była najniższa i ubrana cała na czarno. - Masz jakąś ciekawą opowieść? W końcu jesteś mrocznym elfem. Zapewne jest krwawa? - uśmiechnął się swoim oszałamiającym uśmiechem, za którym szalało wiele młodych dam. Nemo poczuła, jak na ten widok ściska się jej serce z czułości.
- Pochodzę, jak wiecie, z północnego szczepu mrocznych elfów. Nasza legenda jest równie różna od waszych oczekiwań, jak wasza od moich.
- Opowiedz więc! Jestem bardzo ciekawa, co tam skrywacie! - wykrzyknęła Fainauriel. Nemeyeth uśmiechnęła się. Usiadła, krzyżując nogi, spojrzała w niebo i z głosem przepełnionym szacunkiem, zaczęła opowiadać.
- Miliardy lat świetlnych temu, na niebie rodziły się i umierały gwiazdy. Słońce... Słońce było obojętne, egoistyczne. Uważało, że gwiazdy i satelity nie mają racji bytu, gdyż odbijały jego promienie, napawając tym oczy ras kotłujących się na Niebieskiej Planecie, Ziemii. Zdarzyło się tak, że słońce wschodziło, tym samym zabijając gwiazdy i satelity. Zauważyło jednak, że dwa ciała niebieskie opierają się sile jego promieni: była to samotna Gwiazda, migocząca raz na niebiesko, raz na czerwono, oraz Księżyc, którego tak bardzo Słońce nienawidziło. Słońce zakochało się w Gwieździe. Chciało zagarnąć ją, pochłonąć, pragnęło jej, widziało jej powierzchnię, nie zważało na to, jaka jest naprawdę. Gwiazda bała się go, lecz starała się z nim zaprzyjaźnić, gdyż była dobrą istotą...
- Czekaj, istotą? Ale gwiazdy...
- Nie przerywa się czyjejś opowieści, Fainauriel. Czyż nie uczą tego w twoim plemieniu? - łagodnie zwrócił jej uwagę Mornenion. - Kontynuuj, Nemeyeth.
- Jak więc mówiłam... - zaczęła Nemo. - ...Gwiazda była dobrą istotą. Jednak nie odwzajemniała uczuć Słońca, które tak brutalnie co rano mordowało jej przyjaciół - inne gwiazdy. Jej serce skierowane było ku...
- Serce?! Przecież gwiazdy to tylko wielki kawał materii, nie mają serca, tylko jądro zbudowane z metali! - wykrzyknęła Fainauriel. Nemeyeth spojrzała na nią morderczym wzrokiem.
- Lubisz wzorki, Fainauriel?
- No... tak, ładne są, jakbyś nie zauważyła, mam nawet kilka "wzorków" wytatuowanych... dlaczego pytasz?
- Ponieważ w moim plemieniu uczą nas, jak torturować osoby, które często mówią zbyt wiele - oznajmiła Nemo spokojnym tonem. - Potrafię wyciąć w języku jeszcze piękniejsze wzorki, niż te, które masz na rękach.
Elfka ze szczepu Ognia machinalnie zatkała usta rękoma. Mornenion zaśmiał się cicho, a Nemeyeth kontynuowała.
- Serce i uczucia Gwiazdy skierowane były ku Księżycowi. Był on jej przyjacielem, całe noce spędzali na rozmowach na każdy temat. Księżyc, w przeciwieństwie do Słońca, dostrzegał jej duszę. Był w nią wpatrzony, nie zwracał uwagi na inne gwiazdy. Jednej nocy wyznał jej uczucia. Gwiazda uradowała się tak tylko, jak może uradować się spragniony wędrowiec na pustyni, który dojrzał oazę. Jednakże w tym samym momencie wstało Słońce. Dojrzało Księżyc, który zbliżył się do Gwiazdy i oszalało z zazdrości. Wpadło w żądzę niszczenia i zaświeciło mocniej, chcąc zabić Gwiazdę - skoro ono nie może jej mieć, niech ona zginie. Księżyc był jednak na tyle potężny, że zasłonił ukochaną swoim ciałem - ciemną stroną, do której Gwiazda przyległa. Jasną stroną odbijał promienie Słońca, które ugodziły Słońce prosto w oczy. Od tamtej pory co poranek toczy się śmiertelna walka Księżyca ze Słońcem. Właśnie dlatego - zakończyła elfka - obraliśmy sobie astralne ciała niebieskie za opiekunów.
Mornenion i Fainauriel milczeli, pogrążeni w myślach. Każde z nich powoli kładło się, aby przed szarzejącym porankiem zdążyć choć trochę się wyspać.
Rano cała trójka żegnała się. Mimo kulturowych różnic, zostali dobrymi przyjaciółmi. Każde z nich zachowało w pamięci historie odmiennych szczepów i wnioski płynące z nich.
Ten poranek był inny niż zwykle. Spoglądali w niebo, na które leniwie wypływało złote Słońce. Widzieli jedyną wytrwałą Gwiazdę, samotną na nieboskłonie, która za jedynego towarzysza miała swój piękny Księżyc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Ostatni krzyk złapanej duszy.