Nemeyeth stała nieruchomo, wpatrując się w srebrzystą taflę lustra. Od dawna zastanawiała się, czy jej teoria jest prawdziwa. Mówiła o tym, że każdy - czy to elf, krasnolud, człowiek, czy choćby goblin - w łożysku miał bliźniaka, który jednak zmarł. Lecz zmarł tylko częściowo, gdyż został wypchnięty do zimnego, alternatywnego świata. Świata, do którego wgląd mamy jedynie poprzez zwierciadła. Każdy widzi kogoś innego, widzi swojego własnego bliźniaka.
Będąc małą, "bliźniaczka" Nemo czasem uśmiechała się, rozmawiała, chwaliła elfkę. Lecz po jakimś czasie bliźniaczka zmieniła się. Posmutniała, znienawidziła Nemeyeth. Zawsze miała smutek w oczach, za którymi kryło się coś, co przypominało... demona.
Stała przed lustrem, gdyż przymierzała właśnie nową suknię, w której miała zaraz udać się do teatru. Była długa, sięgała ziemi, krańcami ciągnęła się za elfką, która była niska. Sukienka była w kolorze nocnego nieba. Miała długie, przylegające do rąk rękawy, lecz odsłaniała jasne ramiona.
- Story of your life, time of solitude and strife, freedom... - zaczęła śpiewać z przymkniętymi oczami elfka, lecz urwała widząc, że jej lustrzane odbicie nie rusza ustami, a wpatruje się w nią ze złośliwym uśmiechem.
- Tak... historia twojego życia to czas samotności i walki, ale wolność... nie dla ciebie! - poruszyły się usta odbicia. Elfka mogła tez przysiąc, że słyszała stłumiony głos, dochodzący jakby zza szyby... a może z niej samej? Nie miała czasu się zastanawiać, gdyż w tym momencie wydarzyło się coś niewiarygodnego.
Lustrzana bliźniaczka wyciągnęła dłonie w stronę szyby dzielącej ją od świata, przecisnęła przez nią ręce i złapała Nemo za ramiona, wciągając ją do swej alternatywnej, odbitej krainy. Nemeyeth, zbyt przerażona, by cokolwiek zrobić, spodziewała się bólu, poczuła jednak tylko takie uczucie, jakie czuje się, kiedy przebija się palcem bańkę mydlaną, bądź też wkłada się zwilżony wodą palec do środka takowej bańki. Zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, na pozór nic się nie zmieniło. Jedynie to, że... wszystko było odwrócone. Jak w lustrze. Elfia dziewczyna podbiegła do lustra, próbując wrócić.
- Na nic to, Nemeyeth... - usłyszała zza pleców. To dziewczyna wyglądająca identycznie jak elfka. Wypowiedziała jej imię tak, jakby wypowiadała nazwę czegoś obrzydliwego. - Wyjdziesz stąd, kiedy ja tego zapragnę.
- Wyglądasz jak ja... tyle, że... ja mam przedziałek na lewo, a ty na prawo... kim... kim jesteś?
- Tym, kim byłabyś ty, gdybym to ja wygrała życie w twoim świecie.
Nemeyeth spojrzała badawczo na bezimienną.
- A więc... moja teoria, że nasze odbicia to nasi bliźniacy... to prawda?
- Tak - dziewczyna podeszła bliżej. - Ja cierpię w tym świecie. Nie pasuję do niego. Ty cierpisz w tamtym, prawda? Taaak... wiem to, nie musisz patrzeć na mnie takim ogłupiałym wzrokiem... Pozwól, że wytłumaczę ci tę teorię dokładniej. Kiedy ktoś, kto decyduje o tym, jaką płeć i wygląd otrzymamy - nie, dla mnie to nie Bóg, ja w niego nie wierzę, to chyba jedyna nasza różnica! - rozgrywa się walka. Trzyma w rękach dwa zarodki. Czasem dzieje się tak, że te zarodki nie walczą. Rodzą się razem, jako bliźniacy. Czasem jednak jeden wygrywa walkę i sam jest umieszczany pod sercem matki - prychnęła pogardliwie na wzmiankę o sercu. - Nie znaczy to jednak, że jest silniejszy. Wygrany rodzi się, przegrany zostaje jego odbiciem.
- Ale... w takim razie... co z odbiciem bliźniaków?
- Och, tworzy się ich na poczekaniu - machnęła ręką.
- Jak się nazywasz?
- Co? - bliźniaczka spojrzała na Nemeyeth z niezrozumieniem.
- Twoje imię. Taki zlepek liter, które tworzą jakiś sen, tworzą wyraz, którym nazywamy kogoś - odpowiedziała Nemo ze złośliwym tonem w głosie.
- Odbicia nie mają imion. Nazywaj mnie jak chcesz. Jest mi to obojętne. Może być... Rosalind.
- Dobrze... Rossy. Po co mnie tu wezwałaś? Chcę wrócić...
- Nie wrócisz tak prędko, siostrzyczko. Najpierw sobie porozmawiamy, później się z tobą pobawię. Na końcu pozwolę ci wrócić, lecz wątpię, że będziesz miała siły - roześmiała się. Nemo zerknęła na lustro. - Nie martw się, przejście jest zamknięte. A teraz siadaj! - Rosalind popchnęła Nemeyeth na wcześniej przygotowany fotel. Wyglądał na wygodny, lecz okazał się twardy. Kiedy elfka tylko go dotknęła, nagle wyłoniły się z niego łańcuchy, które ją przykuły.Oplotły jej nogi w kostkach, przyszpiliły biodra do siedzenia, oplotły klatkę piersiową i ramiona do oparcia, zaś jej nadgarstki przytrzymały dwa stalowe pierścienie.
Nemo próbowała się wyrwać, lecz łańcuchy wbijały się w jej ciało. Zrezygnowała. Czuła się nieco jak Alicja, która trafiła do Krainy Okrucieństwa, miast do Krainy Czarów. Czuła, że jej odbicie jest psychopatyczną dziewczyną. Nie bez przyczyny wybrała to imię - Rosalind była poprzednim wcieleniem Nemeyeth, wampirzycą-psychopatką, wielbiącą krew. Wiele z tych cech wciąż pozostało w Nemo, ale w porównaniu do swojej poprzedniczki była znacznie łagodniejsza.
- Dlaczego to ty wygrałaś? To ja chciałam wygrać! - wykrzyknęła bliźniaczka. Wyciągnęła zza pasa tasak, obejrzała go dokładnie i odłożyła na bok. Podeszła do szafki, wysunęła jedną z szuflad. Stała zwrócona plecami do Nemo, widocznie coś oglądała. Po chwili odwróciła się z diabolicznym uśmiechem i podłużnym, ostrym nożem w dłoni. Aby sprawdzić jego ostrość, przeciągnęła nim po udzie elfki, która krzyknęła. Na nodze pojawiła się długa, krwawa kreska, powiększająca się z każdą sekundą. - Oj, chyba zraniłam małą Nemo! NEMO! NIKT! Jesteś nikim! Więc dlaczego to ty żyjesz na tym lepszym świecie?! DLACZEGO?! Nienawidzę cię! Powinnaś była wylądować jako odbicie!
- Ale... Rosalind... myślisz, że na tym świecie mam lekko? Hordy ogrów, orków, goblinów, wszelkie inne potwory, nieustająca walka! Ludzie potępiają elfy! Nie zostało nas wiele, jesteśmy przeganiani, gardzą nami...
Rossy nachyliła się nad elfką i szepnęła jej do ucha.
- Ale wy macie szansę wszystko zmienić... my jesteśmy tylko odbiciem. - odsunęła się i delikatnie przeciągnęła nożem po szyi Nemo. - Szkoda, że nie mogę cię zabić - powiedziała ze smutkiem w głosie. - Wtedy i ja zniknę. Mogę jednak cię poranić. Choć jestem twoim odbiciem, nic mi się nie stanie, bo wiesz? My nie mamy nerwów, nic nas nie boli...
Nemeyeth zacisnęła zęby z bezsilności. Stopami jednak dotykała ziemi, więc nie czuła się na bardzo straconej pozycji. Dawniej, już jako mała elfka, potrafiła opanować swój Żywioł samym umysłem, bez wskazywania i gestów. Aby jednak to zrobić, nic nie mogło jej w tym przeszkadzać. Tymczasem stało przed nią jej psychopatyczne odbicie, gotowe poranić ją bez zahamowań. Zdecydowała się na ryzykowny zabieg, który znała od znajomej ludzkiej dziewczyny, która potrafiła opanować magię umysłu. Polegał on na odcięciu zmysłów od możliwości odbierania wszelkich bodźców. "Oszukiwał" mózg, więził go, izolował. Dzięki temu można było zebrać dowolną ilość energii, pozostawiając umysł w nienaruszonym stanie. Był ryzykowny, ponieważ odcinając organizm od reagowania na bodźce, można było nawet nie zauważyć śmierci i uwięzić duszę na wieki w pustce. Rosalind mówiła, że nie zabije Nemo, lecz nikt nie dawał pewności, że organizm elfki przetrzyma przygotowane dla niej tortury. Wiedziała, że ma wiele do stracenia - kto zaopiekuje się jej bliskimi? Kto ochroni gród Wrocisława od hord wulgarnych orków? Ale z drugiej strony - jeżeli wróci bardzo poraniona, może umrzeć i wtedy także nikt nie będzie w stanie zrobić tych czynności. Musiała szybko podjąć decyzję...
W następnej chwili zamknęła oczy. Poczuła zimną stal wbijaną w nogę na wysokości łydki. Nie krzyknęła. Ból przez nią przeszedł, ale... nie był w stanie nic jej zrobić. Coraz mniej czuła, słyszała. Jej oczy, pomimo opuszczonych powiek, wypełniła biel. Ciało ogarnął błogi spokój.
Cisza.
Biel.
Brak odczuć.
Mimo, że to wszystko działo się zaledwie w głowie Nemeyeth, było prawdziwe. Elfka zaczęła zbierać siły. Każdy strzępek many. Każdą kroplę energii.
W tym czasie Rosalind zaczęła się dziwić, że Nemo nie reaguje.
- Dlaczego nie krzyczysz z bólu? Przecież... wbiłam Ci nóż w łydkę już szósty raz, a ty nie reagujesz... Nie wierzę, że nie jesteś tak delikatna, by nie poczuć, jak ktoś wbija Ci dwadzieścia centymetrów stali w nogę! - mówiąc to uderzyła elfkę trzonkiem w brzuch. Zero reakcji. - Krzycz... KRZYCZ! Chcę słyszeć, jak błagasz mnie o litość! - rozerwała piękną suknię Nemeyeth, obnażając drobne, blade ciało w ładnej bieliźnie pod kolor sukni. Pochyliła się, sunąc czubkiem noża po skórze elfki, wybierając miejsce pchnięcia. Tuż pod mostkiem nacisnęła nóż. Wbiła go, rozcinając skórę elfki, która z bolesnym jękiem otworzyła oczy. Jarzyły się dziwnym, zielonym blaskiem. Wyszarpnęła nóż, szarpiąc ranę. Zdążyła jeszcze machnąć parę razy na oślep, rozcinając jej przedramiona, żebra, ramię - parę centymetrów wyżej i przecięłaby tętnicę! - a także policzek. Krew buchnęła z ran na jej ręce. Nie zdążyła zrobić nic więcej, gdyż ziemia rozstąpiła się pod nią.
- NIE! NEMEYETH! Ratuj! Jestem twoją siostrą, nie pozwól mi spaść w tę otchłań! - krzyczała rozdzierającym tonem. Elfka słabła. Pocięte nogi, brzuch, ręce nieprzyjemnie pulsowały, a twarz piekła. Pamiętając, aby nie przerwać połączenia z rozstąpioną ziemią, elfka wypuściła cieniutkie pnącze z ziemi. Wślizgnęły się na jej ciało, pod łańcuchy, po czym, mocno na nie napierając, zniszczyły je. Elfka opadła na jedną z poręczy fotela. Spojrzała na siebie, po chwili zwracając oczy, które zalśniły złowrogim blaskiem, na bliźniaczkę.
- Zniszczyłaś mi sukienkę... pocięłaś mi ciało... jak ja pójdę do teatru? - spytała cichym, spokojnym tonem, za którym czaiła się groźba. - Wybacz, bliźniaczko, lecz mylisz się. Nie jesteś silniejsza. - nachyliła się, podając zdumionej Rossy dłoń. Chwyciła ją. Wyszła nad ziemię. - Teraz powalczymy jak... równa z równą... choć tak naprawdę jesteś ode mnie dużo gorsza... Tylko żałosne odbicie prawdziwej, potężnej Nemeyeth...
- Zam... Zamknij się!!! - wykrzyknęła Rosalind, rzucając się na Nemo, ta jednak roześmiała się pogardliwie, zadowolona ze sztuczki, której nauczyła jej ta sama znajoma od magii umysłu. Zadziwiające, jak wiele mogą zdziałać same słowa - największa magia stworzona najbardziej naturalnie. Elfka podłożyła odbiciu nogę, przez co rozsierdzona dziewczyna poktnęła się i wyrżnęła twarzą o fotel, łamiąc sobie nos. Kolejna salwa śmiechu elfki.
- Tak żałosna istota zamierza ze mną walczyć?! Raz już cię pokonałam, zrobię to i drugi raz!
- Nigdy! - bliźniaczka rzuciła się na elfkę, chwytając tasak. Jedno machnięcie i utknął wbity nad kolanem Nemo, która ryknęła ze złości i bólu. Narzędzie utknęło w kości, na szczęście niezbyt głęboko. Elfka przemogła się, wyrzekając się racjonalnej zasady - nie wyciąga się przedmiotów wbitych w ranę - i wyciągnęła go. Pamiętając, że nie jest w stanie nic zrobić odbiciu, rzuciła tasakiem w lustro. Zbiła je. Teraz pozostało dojść tam. Wiedziała jednak, że nie będzie to takie łatwe, skoro ma poranione nogi i psychopatyczne odbicie naprzeciw. Ponownie przywołała pnącze, które skutecznie przywiązały Rosalind do fotela. Dziewczyna szarpała się, rośliny pękały, mimo swej wytrzymałości. Nemeyeth rzuciła się do lustra, wiedząc, że tylko ułamki sekund są jej szansą. Dobiegając do lustra przeskoczyła przez bramę do swojego świata...
Wylądowała na czymś miękkim i ciepłym. Podniosła się, nie wierząc własnym oczom.
- ROSALIND! Co ty... tutaj...
Bliźniaczka otknęła się i syknęła z bólu, łapiąc się za złamany nos.
- Co to za paskudne uczucie... co się ze mną... - otworzyła oczy i wstrzymała oddech z wrażenia.
Nemeyeth wstała. Wzięła porzucony nieopodal nóż i wbiła w nogi odbicia. "Skoro ona nigdy nie czuła bólu, pierwszy raz może ją zszokować, dzięki czemu będę mogła wrzucić ją do jej świata.
Brama jeszcze się nie zamknęła" pomyślała elfka. Nie myliła się - Rossy skuliła się, łkając z bólu i znieruchomiała. Zemdlała.
- Uch, jakaż ona ciężka! - narzekała Nemo pod nosem, próbując dźwignąć bliźniacze odbicie. - Perkele! Peto... PETO! - zawołała. Do pomieszczenia wsunął się pysk jej wilka, później całe wielkie cielsko. W jego oczach dojrzała niepokój. Podszedł i cicho warknął, wpatrując się z niezrozumieniem to w Rossy, to w Nemeyeth. - Peto, weź ją, wrzuć ją do lustra... ja... ja już nie mogę... - zatoczyła się na ziemię. Wilk wziął odbicie w zęby i wrzucił przez bramę do jej świata. Wyszedł na chwilę, wracając z dużym, brzozowym pudełeczkiem.
Elfka bez słowa wzięła je. Nie mogła teraz marnować energii. Pozbyła się podartej sukni, mać rozsmarowując po ranach. Wspomagała w krzepnięciu krwi i sklepianiu ran. Ten podarek dostała kiedyś od pustelnika. Wiedziała, jak ją przyrządzić, lecz była to resztka jej zapasów.
Po skończeniu smarowania ran, wspomagana przez Peto położyła się na swoje łóżko. Była wyczerpana. Chciała zasnąć i spać, spać, spać... Miała nadzieję, że kiedy się wybudzi, przygoda okaże się tylko snem...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Ostatni krzyk złapanej duszy.