środa, 7 maja 2014

01. Poisoned cupcake?

     Nemeyeth wkroczyła do sali balowej. Mieściła się w wielkim zamku, od wewnątrz zbudowanego z trwałego kamienia, w środku wyłożonego lśniącymi parkietami, kamienne ściany obwieszone były cennymi gobelinami, obrazami. W równych odstępach na korytarzach stały bogato zdobione rzeźby i popiersia. Sama sala była pomieszczeniem ogromnym, podłużnym. Bogato zdobione, kryształowe żyrandole dawały mocny blask, rozszczepiony po ścianach, na których było mnóstwo ozdób. Portrety, sceny, były tam nawet odbierające apetyt akty. W czterech kątach stały rzeźby półnagich, zasłoniętych jedynie długimi włosami kobiet, trzymających w dłoniach owoce. Na pierwszy rzut oka były takie same, jednak przyglądając się im można było zauważyć drobne różnice, jakby były siostrami. Na brązowym parkiecie położony był perski dywan, na którym stał bardzo długi stół. Miejsca przy nim zajęły jednak cztery osoby.
     - Witamy przybyłą Nemeyeth! - od stołu wstał gospodarz, starzec ubrany równie bogato, jaki był jego dom. - Cóż zajęło Ci tyle czasssu, minun rakasss? - spytał, przeciągając każde "s".
     - Pokornie upraszam o przebaczenie - pochyliła głowę, wystarczająco nisko, by uznać to za okazanie szacunku, niezbyt nisko, by nie odebrać tego jako służalczość. - Na mojej drodze stanęła niestety grupa wędrownych orków, poradziłam sobie z nimi szybko, lecz musiałam przywrócić się do porządku. Orkowie zniszczyli mi poprzednie ubranie, znacznie piękniejsze niż to, co przyodziałam po walce... - odpowiedziała zawstydzona, choć suknia mogła z powodzeniem służyć niejednej królewnie. Delikatne, koronkowe rękawy wystające z gorsetu, zasznurowanego koronkową wstążką, uwieńczona sięgającymi ziemi tiulowymi spódnicami. Całość czarna jak magia, którą elfka opanowała.
     - Rozumiem. Siadaj więc! - zachęcił pan domu, biorąc do ręki niewielki dzwoneczek, którym potrząsnął, aby przywołać służbę. Do komnaty wszedł tuzin młodych dziewcząt, wyglądających, jak pół ludzie-pół driady, niosących mnóstwo półmisków wypełnionych po brzegi pysznymi potrawami, które wyglądały równie pięknie, jak woniały i smakowały. Były tam potrawy, o jakich każdy mógł tylko pomarzyć. Mieniły się różnymi kolorami, od pięknych, złotych wędzonych ryb, poprzez brązowe dziki i kaczki w różnych sosach, zielono-kolorowe sałatki, błękitno-fioletowe dżemy i galaretki z owoców, różowe płaty steków z wołowiny, po czerwone wina i soki. Wszystkie kolory tęczy. Nemeyeth jednak w mieszaninie zapachów - tak różnej, choć jednorodnie komponującej się - wyczuwała niepokojącą nutkę. Skądś ją znała, jednak jej zawodna pamięć w tym momencie była bezużyteczna.
     Goście wzięli się za jedzenie. Rzucili się na nie dość łapczywie, mimo, że byli szlachcicami. "Ludzie", pomyślała pogardliwie Nemo i przysunęła sobie półmisek z kaczką w miodowym sosie. Odkroiła sobie niewielki kawałek, kładąc go na talerzu wykonanym z czystego złota, z pięknie wygrawerowanym herbem na środku. Do tego dorzuciła dwa niewielkie, żółte ziemniaki przypominające spore bryłki złota, oraz kilka sałatek. Kaczkę zamoczyła w sosie, jednak kładąc ją na języku odczuła ledwie wyczuwalną ostrą nutkę, którą ktoś niewprawny mógłby wziąć za przyprawę. Momentalnie odłożyła ją na talerz. Zerknęła na margrabię, który był gospodarzem. Zauważyła, że on także na nią spogląda, lecz odwrócił wzrok, jak gdyby nigdy nic. Rozejrzała się dookoła. Dwaj grubi szlachcice rozmawiali między sobą, hrabia rozmawiał z margrabią. Nemeyeth nalała sobie wina, lecz tym razem wyczuła jedynie delikatnie zmieniony zapach. Przyjrzała się każdej potrawie i już wiedziała.
     - A ty, moje dziecko... dlaczego nie jesz? - spytał łagodnie margrabia. - Czyżbyś nie była głodna?
     - Wybacz, panie - elfka skłoniła głowę. - Nie mam dziś apetytu.
     - Nalegam - powiedział z dziwną siłą w głosie.
     - Nie, margrabio - odparowała Nemo, wstając od stołu. - Dziękuję za gościnę, ale nie będę jadła zatrutych potraw.
     Na sali zrobiło się cicho. Głowy szlachetnie urodzonych zwróciły się w stronę margrabiego, który roześmiał się.
     - Miałbym was otruć?! Nie do wiary! Ta elfia panienka próbuje nas poróżnić!
     Nemeyeth porwała nóż ze stołu i trzasnęła nim o blat.
     - Ty stara gnido! Perfidnie śmiesz mnie oczerniać?! Wychodzę stąd... żegnam. - Nemo odwróciła się na pięcie i powędrowała w stronę wyjścia. Jednak zanim dotarła do drzwi, otworzyły się i weszła przez nie straż wezwana przez margrabiego innym dzwoneczkiem.
     - Proszę zabrać tę młodą damę, robi nam problemy - oznajmił lekceważącym tonem.
     Nemeyeth zrozumiała, że bez walki nie wyjdzie z zamku. Teraz liczyło się zaskoczenie. Pozwoliła, aby strażnicy ją zabrali z komnaty. Kątem oka zobaczyła, jak szlachetnie urodzeni osuwają się na ziemię - trucizna zaczęła działać - a margrabia znika. W obszernym korytarzu odepchnęła dwóch strażników na marmurowe popiersie. Każda sekunda była cenna, mimo, że odrzucenie nie było zbyt silne, dwaj z czterech strażników gramoliło się z ziemi. Jeden stał obok otępiały, elfka kopnęła go w piszczele i podcięła mu nogi. Jedyną silniejszą częścią jej fizyczności były właśnie uda i łydki, dzięki czemu strażnik powalił się na ziemię z okrzykiem przypominającym wrzask przerośniętego dziecka. Czwarty strażnik jednak miał trochę oleju w głowie i rzucił się na nią, uderzając ją w brzuch. Spotkał jednak rozczarowanie, gdyż gorset był na tyle mocno zasznurowany, że zniwelował uderzenie. Mięśniak gapił się z rozdziawioną paszczą na swoją dłoń i na brzuch Nemeyeth, dzięki czemu szybkim, płynnym ruchem wyciągnęła z cholewy buta zatruty sztylet. Wbiła mu go w podbrzusze, mocnym ruchem szarpnęła do góry i  wyrwała broń z rany przeciwnika.
     - Cholera, ubrudziłeś mi sukienkę! - wrzasnęła patrząc, jak ciemnoczerwona posoka zalewa jej spódnice i tryska na gorset. Przeciwnik padł na ziemię, lecz ci rzuceni na popiersie zbliżali się już do niej. Schyliła się więc do zabitego, po czym rozszerzyła ranę sztyletem i sięgnęła po... jelita. Nie brzydziła ją anatomia, nauczanie słabo zaawansowanej medycyny także wchodziło w skład jej edukacji, początkowo zresztą chciała zostać elfią medyczką.
     - Ta mała jest jakaś popieprzona! - wykrzyknęli zbliżający się strażnicy. Trzeci, do tej pory otępiały po kopniaku, zwymiotował z obrzydzenia. "Psy, nie obraża się mrocznych elfów bez konsekwencji!", pomyślała Nemo i mocnym szarpnięcie wyciągnęła resztę zakrwawionych jelit, odcinając sztyletem połączenie z resztą narządów. Splątane trzewia rzuciła im pod nogi. Zadziwiona patrzyła, jak łatwo idioci przewracają się na ziemię.
     Nie miała przy sobie kostura, przez co jej umiejętności czarnej magii były ograniczone. Dostępu do ziemi też nie miała, nie mogła więc przywołać swojego żywiołu. Podeszła do strażników.
     - Chcecie żyć, prawda? - spojrzała na nich, odmieniona. Z niskiej elfki o przeciętnej, łagodnej urodzie, sprawiającej wrażenie drobnej, bezradnej księżniczki przemieniła się w prawdziwą mroczną elfkę. Zielono-szare oczy rozjarzyły się, skóra pobladła jeszcze bardziej, niż zazwyczaj, włosy skołtuniły się, rozwiane wokół twarzy okalały plecy i piersi. Z całej postaci biła mroczna, krwawa aura. - Jeśli stąd odejdziecie teraz, zostawię was w spokoju. Nie lubię zabijać bez potrzeby, chcę tylko wydostać się z zamku.
     - Twoje niedoczekanie, kochanie! - usłyszała śmiech dochodzący zza jej pleców.To margrabia, rozbawiony rymem stał na końcu korytarza i powoli się zbliżał. Strażnicy zaczęli bełkotać słowa przeprosin. - Zmykajcie stąd! Nie chcę was oglądać, wy... kretyni! Jak można dać się złapać małej elfce! Ona nawet nie ma trzystu lat!!!
     - Będę miała już wkrótce - prychnęła pogardliwie. Trzej strażnicy, potykając się o jelita, wymioty, krew i własne nogi, odbiegli w stronę wyjścia. - Ty zaś jesteś stary i głupi. Jak mogłeś zaprosić mrocznego elfa na zatrutą ucztę? Wszakże to my jesteśmy mistrzami trucizn! Rozpoznam każdą, nawet taką bez woni i smaku! Jestem odporna na ponad połowę z nich! Tracisz zmysły na starość!
     Margrabia przystanął i złapał się za głowę.
     - Trucizna... na wszelkie bogactwo świata, całkowicie zapomniałem! - wybuchnął śmiechem. - Jak mogłem zapomnieć o tak istotnej rzeczy?! No, w takim razie musi dojść do otwartej walki! Ale, ale... dlaczego nie szanujesz starego człowieka, wypominając mu słabostki ludzkiego wieku? - sięgnął po wiszący na ścianie łuk z kości słoniowej. Drugą ręką wziął z kołczanu wiszącego pod łukiem strzały. "Ma większe pole do popisu", pomyślała Nemo. "Bez kostura ciężko będzie mi wygenerować większą energię, on zaś, z tego, co słyszałam, jest perfekcyjnym strzelcem. Muszę więc liczyć na rzeźby...".
    Starzec nie spieszył się. Sprawdził cięciwę, przyłożył strzałę, stanął w lekkim rozkroku, wysuwając lewą stopę do przodu. Wycelował w Nemeyeth. Strzelił. Elfka zareagowała instynktownie, rzuciła się na ziemię, uderzając głową o podłogę. Strzała przeleciała wysoko nad nią, lecz teraz starzec nie czekał. Od razu wycelował strzały w Nemo i wypuścił je. Dziewczyna rzuciła się w bok. Rozpoczął się śmiertelny taniec. Nemeyeth nie miała chwili wytchnienia, przetaczając się z jednej strony w drugą. W końcu rozpaczliwie rzuciła się za większą rzeźbę.Strzała przeleciała o cal od jej nosa, w ostatniej chwili cofnęła głowę, gdyż inaczej strzała trafiłaby w skroń. Skoncentrowała się. Aby rzucić najprostsze zaklęcie, powodujące bolesne cierpienie przeciwnika, potrzebowała jej niewiele. Szybkim ruchem wyskoczyła zza posągu. Uniosła dłonie, cofnęła je przykładając zewnętrzną stroną do piersi, po czym wypchnęła je do przodu. Razem z nimi wystrzeliła niewielka kulka czerwonej energii. Trafiła w brzuch starca, który zaskoczony nie zdążył się osłonić. Widziała, jak jego twarz zmienia się z bólu, lecz... nie zrezygnował z ostrzału. Postanowiła więc rzucić na niego klątwę spowolnionych ciosów. Wykonała podobny gest, lecz najpierw wypchnęła jedną dłoń, a dopiero po chwili drugą. Tym razem dwie fioletowe kule energii popłynęły w stronę margrabiego. Trafiła go tylko jedna. Dało to efekt, jakby ktoś puścił film w tempie zwolnionym o połowę. Mając dodatkowe sekundy, postanowiła rzucić zaklęcie zarazy i samobójczego cierpienia. "Wykończę cię własnym pomysłem", myślała, rzucając zarazę. Klątwa ta powodowała, że przeciwnik w przeciągu ułamka sekundy zostaje zarażony straszliwą chorobą wyniszczającą jego ciało, odbierającą mu życie. Połączona z samobójczym cierpieniem - tak strasznym, że człowiek myśli jedynie o odebraniu sobie życia - dawała wspaniałe efekty. Nemo, zbierając w sobie energię, poczuła się wyczerpana. Wiedziała jednak, że nie może odpuścić. Rzuciła klątwy, powalając tym starca na ziemię. Słyszała jego bolesne, błagalne jęki, gdy patrzył na swoje gnijące w okamgnieniu ciało. Trwał w agonii. Elfka odwróciła się, chciała wyjść już z zamku. Towarzyszyły jej tylko krzyki starca. W progu odwróciła się, by zapytać, dlaczego chciał ją otruć... lecz poczuła tylko ból przeszywający ją na wysokości prawego żebra. Starzec w ostatnim akcie rozpaczliwej zemsty odszedł z łukiem w dłoni. Zdążył jeszcze wypuścić jedną strzałę, która zapewne przebiłaby serce, gdyby nekromantka się nie odwróciła.
     - Widzisz! Nawet ten plan zawiódł! - wykrzyknęła z goryczą w głosie. Ułamała strzałę, pozostawiając w sobie tylko grot. Wyszła z zamku. Nie wyciągała ostrza z rany, gdyż wiedziała, że nie może się do niej dostać tlen. Za murami zamku założyła bandaż zabezpieczający ranę i wystający z niej grot. Tym razem gorset też był pomocny. Gdyby nie on, strzała przebiłaby jej drobne ciało na wylot.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ostatni krzyk złapanej duszy.